TygodnikBój z góry przegrany

Bój z góry przegrany

Dodano

Trudno jeszcze powiedzieć, jak zakończy się prawny spór o Trybunał. Nie mam natomiast wątpliwości, że w sensie politycznym w całej awanturze, a jakże, chodzi o władzę.

Politycy PiS doskonale odrobili lekcję z lat 2005–2007, kiedy to wskutek m.in. oporu środowisk prawniczych, także Trybunału Konstytucyjnego, praktycznie została zablokowana ustawa lustracyjna. Łatwo było przewidzieć, że podobnie byłoby obecnie – PO i PSL nie po to przyjmowały w czerwcu nową ustawę i nie po to wybierały do TK na gwałt sędziów na ostatnim posiedzeniu opanowanego przez siebie Sejmu, żeby spokojnie i z dystansem przyglądać się reformom PiS. Z góry choćby można uznać, że TK zdominowany przez sędziów wybranych przez PO i PSL zawetowałby wszelkie realne zmiany w systemie sądownictwa, podobnie jak na przykład w mediach publicznych.

Od samego początku TK miał się stać swoistym bastionem obecnej opozycji. Świadczy o tym jedyna w swoim rodzaju i kuriozalna decyzja, kiedy to TK próbował zmusić Sejm do rezygnacji z głosowania nad kandydaturami pięciu sędziów. Tak się jednak nie stało, parlament swoich sędziów wybrał. Zdaje się zatem, że pierwszym i najważniejszym politycznym skutkiem obecnego konfliktu jest ograniczenie pozycji Trybunału. Jeśli PiS doprowadzi do wprowadzenia wybranych przez siebie sędziów do Trybunału, a wszystko wskazuje na to, że tak się stanie, będą oni stanowili przeciwwagę dla obecnych jego członków. I będą raczej lojalni wobec Jarosława Kaczyńskiego.

Przeciwnicy PiS wierzą w to, że wznosząc hasła obrony niezależności Trybunału, poruszą opinię publiczną. Są tacy, którzy wieszczą nowy Majdan, są tacy, którzy spodziewają się masowych demonstracji w obronie rzekomo zagrożonej demokracji. Gdzieś znalazłem nawet zgrabny slogan: „Wasze mównice, nasze ulice”. Cóż, chciałaby dusza do raju…

Patrząc na dość skromny tłumek niemrawo popiskujący przed Sejmem, a potem siedzibą Trybunału, trudno zrozumieć, na czym swą nadzieję opierają przeciwnicy PiS. Oczywiście propaganda robi swoje i ktoś, kto chciałby ocenić sytuację w Polsce na podstawie tego, co przeczyta na portalach Gazeta.pl lub Natemat.pl, mógłby uznać, że w społeczeństwie rodzi się bunt, że lada moment wybuchnie opór na wielką skalę. Na razie nic na to nie wskazuje. Przeciwnie, sądzę, że wielu wyborców uznało, że to opozycja gra nie fair. Ciągłe mówienie o zamachu stanu, twierdzenie, że nadchodzi totalitaryzm, stępiło świadomość. Więcej – odebrało ewentualnym protestom siłę i wiarygodność. Dlatego jeśli dojdzie do demonstracji i próby sił na ulicach, to można sądzić, że wygra ją PiS. Ludzie nie po to głosowali za zmianą, nie po to wybrali najpierw prezydenta, a potem większość w Sejmie, żeby po kilku tygodniach ulec retoryce przegranych i domagać się odejścia nowej władzy. Tego zdaje się przeciwnicy prawicy nie rozumieją i w osobliwy sposób dążą do konfrontacji, która musi zakończyć się ich klęską. © ℗

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 50/2015
Cały wywiad opublikowany jest w 50/2015 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także