TygodnikAnatomia destrukcji

Anatomia destrukcji

Anatomia destrukcji
Anatomia destrukcji
Dodano

Coraz wyraźniej widać, że za próbą likwidacji Stoczni Gdańskiej stoi plan ukarania niepokornej kolebki Solidarności, a przy okazji kolejny publiczno-prywatny deal - pisze w 38. wydaniu Do Rzeczy Piotr Kobalczyk.

- Stocznię usiłowano zmieść z mapy gospodarczej kraju już dwa razy. Pierwszy raz – kiedy pod pretekstem słabych wyników ekonomicznych likwidował ją w 1988 r. Mieczysław Rakowski. Drugi – w 1996 r., gdy ogłoszono jej upadłość za rządu Cimoszewicza. Politycznego kontekstu decyzji Rakowskiego udowadniać nie trzeba. Osiem lat później rząd pomógł wszystkim nie mniej zadłużonym polskim stoczniom – z wyjątkiem gdańskiej. Dziś grozi jej, że to, co nie udało się komunistom z rządu Rakowskiego u schyłku PRL, a potem postkomunistom w latach 90., uda się rządowi Tuska.

Publiczna batalia o los Stoczni Gdańskiej weszła właśnie w decydującą fazę, odkąd prorządowe media obwieściły, że bankructwo historycznego zakładu to kwestia „nie tygodni, lecz dni”, bo „rząd nie chce już dosypywać pieniędzy podatnika” do nierokującej przyszłości stoczni. Sytuacja w historycznym zakładzie nie jest jednak tak jednoznaczna, jak wynikałoby to z tego jednorodnego przekazu. (...)

Bomba wybuchła 23 maja, gdy w TVN Katarzyna Kolenda-Zaleska zrobiła materiał, z którego wynikało, że stocznia może lada chwila upaść. – Konsekwencje dla nas były dramatyczne – mówi Łęski. – Nie dość, że wszystkie media bezkrytycznie powtórzyły ten „news”, to z kontraktu z nami, wartości 40 mln zł, wycofał się zagraniczny kontrahent.

W przychylnych rządowi mediach temat „upadającej stoczni” robił błyskawiczną karierę. W tonie insynuacji pisano o stoczniowych pieniądzach, którymi mieli dzielić się znani działacze związkowi, przypominano zbiórki pieniędzy na ratowanie zakładu w przeszłości, sięgając do Mariana Krzaklewskiego i o. Rydzyka, a „Gazeta Wyborcza” prześwietliła nawet Siergieja Taruta w tekście pod charakterystycznym tytułem „Stocznia tonie, choć należy do miliardera”. Wypominała mu prywatny samolot i sugerowała związki z mafią.

Zmasowane zainteresowanie prorządowych mediów trudną sytuacją Stoczni Gdańskiej też nie było przypadkowe. Wioletta Kakowska-Mehring, dziennikarka portalu Trójmiasto.pl, udowodniła, że stocznia stała się przedmiotem zorganizowanej akcji Agencji Rozwoju Przemysłu (posiadającej 25% akcji Stoczni Gdańskiej- przy red.) i współpracującej z rządem Tuska agencji PR Profile. Jak wynika z dokumentów, które opublikowała, w czasie, gdy ARP udawała, że poważnie negocjuje z Ukraińcami, klamka już dawno zapadła. Wynika to z instrukcji pn. „Stocznia Gdańska – plan działań komunikacyjnych i przekazy”, której zasadniczy przekaz, jaki docierać miał do mediów i opinii publicznej, brzmiał: „Nie ma przesłanek pozwalających na dalsze dofinansowanie stoczni przez ARP, w związku z tym należy się liczyć z jej upadłością”. A ów „plan komunikacji” zawierał m.in. „Dwa materiały prasowe w »GW Trójmiasto« i »Pulsie Biznesu« – kontrolowany przeciek z informacjami o ocenie przez ARP biznesplanu i realizacji planu restrukturyzacji. Wydźwięk: nie ma szansy na to, żeby stocznia przetrwała” oraz „Materiał w »Wiadomościach« TVN – przekaz: ARP nie chce topić kolejnych publicznych pieniędzy”.

Zdemaskowana ARP bagatelizuje sprawę i na swojej stronie internetowej wyjaśnia, że „nie jest to dokument przyjęty przez ARP”, lecz „propozycja”. (...)

– To jest gra, którą toczy się z nami od lat. I zawsze na tym korzystają jacyś prywatni ludzie. Chcą nam stocznię zaorać, a ludzi przejąć do spółek, które dopieszcza ARP – mówi Roman Gałęzowski, szef zakładowej Solidarności. – Najgorszy garb, ten, który dziś ciągnie stocznię do ziemi, zakładowi urósł tak naprawdę już 15 lat temu, przy prywatyzacji stoczni – dodaje.

To wtedy związany z Unią Demokratyczną przedsiębiorca, m.in. były szef Agencji Rozwoju regionalnego, Janusz Szlanta „zrestrukturyzował” kolebkę Solidarności. W 1998 r. syndyk masy upadłościowej sprzedał zakład działający pełną parą Trójmiejskiej Korporacji Stoczniowej, której właścicielami były Stocznia Gdynia SA i firma deweloperska EVIP Progress związana ze Szlantą (w efekcie powstała Grupa Stoczni Gdynia SA, której szefem RN, a potem prezesem był także Szlanta).

– Cały majątek przejął formalnie za 115 mln zł – mówi Gałęzewski. – Razem z kasą stoczni, w której leżało 70 mln. Łatwo policzyć, za ile naprawdę to kupił. To był skandal, bo majątek stoczni był wart 10 razy więcej.

Gałęzewski mówi z ironią, że do dziś nikt się temu dealowi uczciwie nie przyjrzał. I dodaje, że gdyby komuś zależało na stoczni, sprawy potoczyłyby się inaczej. – Można było sprzedać zbędny majątek, spłacić długi i unowocześnić oraz dokapitalizować zakład. Taki był zresztą plan nieżyjącego już marszałka Macieja Płażyńskiego, ówczesnego wojewody.

Tymczasem – jak mówi Gałęzewski – ta sama firma sprzedała najbardziej atrakcyjną część majątku (tzw. miejską) grupie Synergia (powstała jako podmiot mający zagospodarowywać majątek stoczniowy), kontrolowaną przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Gałęzewski: – No i proszę, jak się ładnie urządzili: przejęli naszą stocznię za grosze, bo de facto za 45 mln zł, potem sprzedali połowę całego majątku Synergii – do dziś nie wiemy za ile, ale pewnie nie za grosze, a resztę zostawili na produkcję. A my przez lata produkowaliśmy na rzecz spółki matki za 20 eurocenty za kilogram stali, a Gdynia pozyskiwała kontrakty za 2 euro. (...)

Cały artykuł dostępny w 38. wydaniu Do Rzeczy.

Czytaj także

 0

Czytaj także