TygodnikPrzyczółek dla wolnego rynku

Przyczółek dla wolnego rynku

Przyczółek dla wolnego rynku
Przyczółek dla wolnego rynku
Dodano

Wyborcy o konserwatywno-liberalnych poglądach nie mają dziś swojej siły w pierwszym szeregu. Szansa na powstanie formacji prezentującej takie wartości jest największa od lat- pisze w najnowszym Do Rzeczy Łukasz Warzecha.

- Platforma Obywatelska od dawna jest bezideową maszynką do utrzymania Donalda Tuska i jego akolitów przy władzy, a może również daleko od sal sądowych. PiS wyraźnie kieruje się w stronę socjalizmu, stając się neo-PPS-em. W tych okolicznościach coraz dotkliwszy staje się brak solidnego ugrupowania konserwatywno-liberalnego. To także szansa dla podobnej siły, być może największa od wielu lat. (...)

Oczywiście można powiedzieć, że wobec osi konfliktu, jakie starają się stworzyć Tusk i Kaczyński, podobne ugrupowanie nie ma racji bytu. Nie sprzeda się. Wyborcy na nie nie czekają.

Istotnie, dwaj główni liderzy starają się w perspektywie kolejnych wyborów zdefiniować konflikt zgodnie z własnym zapotrzebowaniem i z oczekiwaniem publiczności. Dla PO to ponownie spór pomiędzy umiarkowaną i spokojną siłą rozsądku a strasznym kaczyzmem, który wspiera demony nacjonalizmu i żyje w ścisłej symbiozie z krwiożerczymi kibolami. Dla PiS z kolei wygodniejsza jest opowieść o budzących grozę rzekomych liberałach z Platformy, którzy pogrążyli państwo w kryzysie i którzy mają gdzieś zwykłych ludzi. Naprzeciw nim staje siła, która tam gdzie trzeba, nałoży karne podatki, zabierze bogatym, da biednym, zrobi porządek z szemranym biznesem, podniesie płace i dopieści związki zawodowe.

Najbardziej niepokojące jest to, że w żadnej z tych dwóch – całkowicie zresztą fałszywych – opowieści nie ma miejsca na sprawę obywatelskiej wolności. Żadna z tych, jak to niektórzy nazywają, narracji nie mówi wyborcom: „Damy wam dobre prawo i sprawne państwo, oparte jednoznacznie na tradycyjnych wartościach, ale nie będziemy się zanadto wtrącać w wasze życie, bo wierzymy, że sami potraficie podejmować najcelniejsze decyzje”. PO w ten ton nie uderza, bo już raz go wykorzystała, po czym owym deklaracjom całkowicie się sprzeniewierzyła. Tusk doskonale musi sobie zresztą zdawać sprawę, że w czasach kiepskiej koniunktury to nie jest przesłanie, którego chcą nawet najwierniejsi spośród jego wyborców. Jeżeli coś ich zagrzeje do walki, to tylko przekonanie, że głosując na partię Tuska, chronią Polskę przed rychłym popadnięciem w faszyzm. PiS natomiast świetnie wyczuwa zapotrzebowanie nie tylko swojego tradycyjnego elektoratu – który zawsze miał skłonność do socjalizmu i wierzył we wszechmoc państwa, o ile na jego czele staną sprawdzeni towarzysze – ale także tych, którzy do PiS zwracają się dzisiaj po raz pierwszy po ratunek.

I to jest ogólnie rzecz biorąc trafna diagnoza. Faktycznie – wartości konserwatywno-liberalne nigdy nie były i nie będą masowe. To nie jest droga 20 czy 30 proc. wyborców, bo nie jest to wybór politycznie łatwy. Większość lubi słyszeć i czuć, że państwo się nimi zajmie, że nad ich losem czuwa jakaś nadrzędna mądrość, że nie musi ponosić odpowiedzialności za swoje wybory. Owszem, bywają wyjątki, gdy taki dyskurs zyskuje zaskakująco dużą popularność. Jeden taki przypadek to początek lat 90., czasy rządów Kongresu Liberalno-Demokratycznego, co przyniosło zresztą szybkie rozczarowanie. Drugi to wygrana PO w roku 2007. To jednak incydenty w politycznej historii Polski, wyjątki potwierdzające regułę.

Nie oznacza to jednak, że dobrze zaplanowana i poprowadzona formacja konserwatywno-liberalna skazana jest na byt kanapowy. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie ma konkurencji. Do tej pory powstał tylko jeden projekt, który proponował taki właśnie katalog wartości: PJN Pawła Kowala. Jednak „spalił się w blokach” z powodu licznych błędów swoich założycieli, dla następcy tworzących gotowy katalog posunięć, których należy unikać. Czas również nie był sprzyjający. Sondażowy niebyt PJN nie oznacza zatem, że nie ma popytu na idee głoszone przez tę partię, lecz jedynie, że te idee muszą być przedstawione w przekonujący, profesjonalny sposób.

Przed potencjalną formacją konserwatywno-liberalną stoi duża szansa. Jeżeli udałoby się jej zyskać wystarczająco duży przyczółek przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi (byłoby to możliwe chyba jedynie pod warunkiem, że nie odbyłyby się one przed terminem), wyborcy, którzy dziś na zasadzie wyboru z konieczności deklarują poparcie dla PiS, dostaliby lepszą możliwość, nie obawiając się „zmarnowania głosu”. W perspektywie mielibyśmy wówczas koalicję partii Kaczyńskiego z nową formacją o bardziej liberalnym nastawieniu. (...)

Cały artykuł Łukasza Warzechy dostępny w 36. wydaniu Do Rzeczy.

Czytaj także

 0

Czytaj także