TygodnikIdioci dla idiotów. 10 książek, które zachwyciły komunę

Idioci dla idiotów. 10 książek, które zachwyciły komunę

Od lewej: holenderski reżyser Joris Ivens, Hemingway i niemiecki pisarz Ludwig Renn, Hiszpania, 1937 r.
Od lewej: holenderski reżyser Joris Ivens, Hemingway i niemiecki pisarz Ludwig Renn, Hiszpania, 1937 r. / Źródło: Wikimedia Commons / Bundesarchiv, Bild 183-84600-0001 / nieznany / CC-BY-SA 3.0
Dodano 21
Trudno dokładnie zdefiniować „pożytecznych idiotów”. Jednak spróbujmy.

To niezbyt przyjemne określenie zwykliśmy nadawać lewicowym czy po prostu komunistycznym poputczykom, ludziom często o dużych nazwiskach, którzy formalnie są bezpartyjni, nigdzie nie należą, tyle że zawsze, ale to zawsze są po stronie miłujących pokój libertynów, pacyfistów, wolnomyślicieli. Lewaków wszelkiej maści. Ich polityczne wybory są oczywiste, serduszka mają przecież z lewej strony. Czasem, nawet dosyć często, „pożyteczni idioci” sięgają po pióro. Oto 10 stosunkowo głośnych pozycji napisanych właśnie przez idiotów dla idiotów. Czy jednak można tę literaturę nazwać pożyteczną?

1. Ernest Hemingway

„Komu bije dzwon”

Gdyby tę słynną powieść opublikował autor wcześniej, nie w roku 1940, gdy w Hiszpanii dawno już wszystko było „pozamiatane”, byłaby ona najprawdopodobniej obrzydliwą prosowiecką agitką. Jednak po zakończeniu wojny domowej prawda o Komunistycznej Partii Hiszpanii znana już była powszechnie. „Dopóki jednak toczyła się wojna – pisał Paul Johnson w »Intelektualistach« – Hemingway zajmował to samo stanowisko co ci, którzy próbowali przemilczeć »W hołdzie Katalonii« George’a Orwella, zataić prawdę, która przeszła długą drogę, wyprzedzona przez polityczne i wojskowe konieczności”.

Z całą pewnością niemały wpływ na amerykańskiego prozaika wywarł jego tłumacz w Hiszpanii – Gustav Regler, podówczas komunista. Przybył on do Hiszpanii jako przedstawiciel Międzynarodowego Stowarzyszenia Pisarzy, zaciągnął się do międzynarodowej brygady dowodzonej przez André Marty’ego i został mianowany komisarzem politycznym batalionów broniących Madrytu. Oprowadzał Hemingwaya po linii frontu, indoktrynując zawzięcie i skutecznie, zważywszy na to, co autor „Pożegnania z bronią” mówił w czerwcu 1937 r. na II Kongresie Pisarzy Amerykańskich, który się odbył w Nowym Jorku, a który zorganizowała Komunistyczna Partia USA. Hemingway mówiąc o Hiszpanii, agitował: „Toczy się tam teraz i toczyć się będzie jeszcze długo wojna dla każdego pisarza – niech sam jedzie i zobaczy”.

Niezależnie od tego, co sam o tym mówił, a mówił niewiele, choćby milcząc, akceptował Hemingway czystki dokonane przez komunistów na walczących u ich boku anarchistach i trockistach. A już zupełnie skandalicznie zachował się pisarz wobec swego kolegi po piórze, Johna Dos Passosa, który jak najsłuszniej niepokoił się o los swojego z kolei tłumacza – José Roblesa. Gdy ten ostatni już nie żył, jego kat Pepe Quintanilla zapewnił Hemingwaya, że będzie on miał uczciwy proces, a na razie przebywa w więzieniu. Twórcy „Słońce też wschodzi” wystarczyło to, by wyśmiać Dos Passosa jako politycznego naiwniaka. Pouczał też byłego przyjaciela: „W Hiszpanii toczy się wojna między ludźmi, którym zwykle sprzyjałeś, i faszystami. Jeśli nienawidząc komunistów, uważasz, że masz prawo atakować za pieniądze ludzi, którzy wciąż walczą w tej wojnie, sądzę, że powinieneś ustalić fakty”.

Sam z faktami był mocno na bakier, milionom czytelników „Komu bije dzwon” w ogóle to jednak nie przeszkadzało. Zachwycali się Króliczkiem i tyle.

2. Jean-Paul Sartre

„Drogi wolności”

Na początku wojny w Korei Sartre i Camus siedzieli w piwiarni niedaleko Sorbony i dyskutowali o polityce. „– Czy pomyślał pan o tym, co się z panem stanie, kiedy Rosjanie tu przyjdą? – miał wówczas zapytać Camus. I dodał: – Nie powinien pan tu zostawać! Camus ze swej strony zdecydowany był wstąpić do ruchu oporu, na co Sartre odparł, że nigdy nie podniósłby ręki na proletariat”. A gdy tygodnik „Carrefour” rozpisał ankietę „Co zrobiłbyś, gdyby Armia Czerwona okupowała Francję?”, Sartre odmówił odpowiedzi, choć w trakcie politycznej debaty oświadczył, że gdyby USA lub ZSRS napadły na Francję, przyłączyłby się do ruchu oporu.

Bardzo to szlachetne, ale jeśli chodzi o udział intelektualistów francuskich w ruchu oporu, to nie przedstawia się on imponująco. Jak napisał Jean Galtier-Boissière:

„Ci wysadzali szyny
Tamci gładzili sekstyny”.

Niezależnie od tego, że w swoich książkach także Malraux pofantazjował sobie, miał on prawo na pytanie wyżej wspomnianej ankiety odpowiedzieć: „Pytacie mnie: co bym zrobił? To, co robiłem od 1940 do 1944 roku”. Sartre wprawdzie był współzałożycielem grupy Socjalizm i Wolność, ale po pierwsze, było to ugrupowanie enigmatyczne raczej, a po drugie, Sartre szybko zrezygnował z jakichkolwiek w nim działań. Pisywał za to do „Comoedii”, uznanej za tytuł kolaborancki, tak jak Simone de Beauvoir pracowała w radiu, gdzie miała aprobowany przez Vichy program kulturalny. I taki był opór ich obojga. Tak samo jak wiarygodne są „Drogi wolności”, które pracowicie składał Sartre – dla przyszłych pokoleń – przez całą okupację.

Herbert R. Lottman w „Lewym brzegu” tak podsumowuje przedwojennego Sartre’a: „Podziwiał Front Ludowy – ale z daleka; w okresie Monachium wahał się między pacyfizmem a koniecznością walki, na miarę własnych możliwości, z nazizmem, był bowiem »przynajmniej w myślach« przeciwnikiem nazizmu”.

Czytaj także:
Pisarze donosów

A po wojnie? To już wiemy i znamy aż za dobrze. W październiku 1970 r. stanął na beczce ropy przed zakładami Renault w Billancourt i przemówił do robotników w duchu, jak mu się zdawało, proletariackim. Wykpiła go „L’Aurore”, pisząc: „Robotników tam nie było. Zgromadzenie Sartre’a składało się jedynie z kilku maoistów, których przywiózł ze sobą”.

Miał od kogo się uczyć. André Gide podczas swej podróży po Kraju Rad spostrzegł pewnego dnia, że tłumy witające go w każdym nowym miejscu pobytu machają chorągiewkami, które przyjeżdżają do danej miejscowości wraz z nim. Tym samym pociągiem.

3. Gabriel Garcia Márquez

„Miłość w czasach zarazy”

Wymowa faktów zgromadzonych przez lewicowych (!) autorów: Angela Estebana z Hiszpanii i Stephanie Panichelli z Belgii w książce „Gabo i Fidel. Pejzaż przyjaźni” jest porażająca: przez długie lata był (jest?) Márquez najlepszym na świecie ambasadorem rewolucji kubańskiej. Ambasadorem nigdy niemianowanym, ale najwierniejszym z wiernych, o którego względy zabiegali wszyscy możni tego świata i najważniejsi politycy, że wspomnę tylko przyjaźń kolumbijskiego pisarza z francuskim prezydentem François Mitterandem, hiszpańskim premierem Felipe Gonzálezem, a i – szczęśliwie nieskuteczne – jego flirty z amerykańskim prezydentem Billem Clintonem.

Autorzy książki „Gabo i Fidel” akcentują fakt, iż wraz z upływem lat ubywało Márquezowi literackich przyjaciół, za to przybywało znajomości z politykami. Ci ostatni jednak dystansowali się od niego właśnie ze względu na osobę Fidela Castro. Tymczasem noblista z 1982 r. (na uroczystość w Sztokholmie przybył nie we fraku, lecz w białym liqui-liqui, ubiorze wieśniaków z regionu, gdzie się urodził, a w podarunku od Fidela otrzymał... 1,5 tys. butelek kubańskiego rumu, żeby się napił z przyjaciółmi; nawiasem mówiąc, szwedzkie MSZ złożyło w ambasadzie Kuby protest z powodu nielegalnej dystrybucji takiej ilości alkoholu) strzelał sobie, używając terminologii piłkarskiej, samobóje. Z uporem godnym lepszej sprawy stanął po stronie Castro w znanym sporze o małego Eliana, chłopca rozbitka, którego wyłowiono u wybrzeży Stanów Zjednoczonych. To jednak jeszcze nic, gdyż niebawem, w 2003 r., rozstrzelano na Kubie porywaczy statku, którzy chcieli przedostać się do Ameryki. Tego nie wytrzymał nawet inny noblista, portugalski komunista José Saramago, publikując w „El Pais” artykuł pt. „Dalej już nie idę”, w którym stwierdził, że Kuba straciła jego zaufanie, zawiodła oczekiwania i pogrzebała nadzieje.

Przyparty do muru Márquez zasłaniał się wieloma przypadkami, gdy po jego interwencjach Fidel Castro wypuszczał więźniów, zezwalając opozycjonistom na emigrację. To prawda, w sumie chodzi podobno o ponad 3 tys. ludzi, niemniej nie jest powodem do chwały wykorzystywanie swych wpływów u kata. Bo – jak w starym dowcipie – o czym ma pisarz humanista rozmawiać z oprawcą? O cenie metra sznura, którego używa się do wieszania skazańców?

Miałem szczęście przeprowadzać w swoim czasie wywiady z dwoma innymi wielkimi prozaikami iberoamerykańskimi: Mario Vargasem Llosą i Carlosem Fuentesem. Ten pierwszy, zapytany o Márqueza, odpowiedział: „Służy złej sprawie”. Fuentes, jak na wytrawnego dyplomatę przystało, powiedział, że wybory polityczne jego eksprzyjaciela okazały się chybione. Tak czy inaczej trudno o pozytywne uczucia w domu nawiedzonym przez zarazę.

4. José Saramago

„Ewangelia według Jezusa Chrystusa”

Palił, ale się nie zaciągał – wstąpił do Komunistycznej Partii Portugalii, ale ją krytykował. Niemniej był komunistą, a nie – jak utrzymują jego fani – socjalistą. To jednak zasadnicza różnica. Nieoczekiwanie po rewolucji goździków, w połowie lat 70., znalazł się w gorszych opałach niż pod rządami Salazara. Jego zdaniem dla „opcji na lewo” nie było w jego ojczyźnie alternatywy.

Gdy w 1998 r. otrzymał Nagrodę Nobla, w gronie jego krytyków znalazł się Czesław Miłosz, który ten wybór Akademii Królewskiej nazwał kolejnym premiowaniem „czerwonego laureata” piszącego mierne powieści, a sławę zdobywającego wypowiedziami na tematy polityczne. Miłosz miał rację, zapomniał jedynie, że i spod jego pióra wychodziły równie marne powieści, ale o tym potem.

Najgłośniej o Saramago zrobiło się po awanturze, jaka wybuchła wokół jego „Ewangelii według Jezusa Chrystusa”. Pisarz, urażony tym, że jego książki, krytykowanej przez koła konserwatywne i religijne, nie zgłoszono do Europejskiej Nagrody Literackiej, na znak protestu wyniósł się z Lizbony na Kanary, dokładnie na wyspę Lanzarote. Gdy zarzucano mu bluźnierczość, zdziwiony rozkładał ręce i na okrągło opowiadał o przesiąkniętym fanatyzmem społeczeństwie portugalskim.

Naprawdę napisał powieść bluźnierczą, sprzeczną z samymi zasadami chrześcijaństwa. Kwestionującą m.in. konieczność ofiary i grzech pierworodny. Pomniejszych bzdur i rażących odstępstw od kanonu wiary chrześcijańskiej pomieszczonych w tej pseudoewangelii szkoda nawet wyliczać.

5. Czesław Miłosz

„Zdobycie władzy”

Ma ta powieść swoje świetne sceny, jak na przykład bankietowe przemówienie mjr. Barugi (Jerzego Borejszy), który w połowie toastu przechodzi z polskiego na rosyjski. Także zapożyczone od Stanisława Podlewskiego z „Przemarszu przez piekło” próby przebicia się powstańców ze Starówki do Śródmieścia zapadają w pamięć, choć już co najmniej protest budzą obrazy AK-owców strzelających do cywilnej ludności Warszawy. Konkretnie do ludzi, którzy chcą przejść do Niemców i mając dość powstania, rozbierają barykady.


Jednak najgorsze jest w „Zdobyciu władzy” co innego. Otóż Miłosz przedstawia prosty wybór dla Polski: albo reakcyjny kapitalizm, który pragną zafundować narodowi AK-owcy, albo komunistyczny totalizm przyniesiony nad Wisłę znad Oki przez berlingowców. Po której stronie jest sympatia autora, nie ma wątpliwości, ale przy okazji prokuruje Miłosz paszkwil na Polskę i Polaków. Sekretarz generalny PPR, w którym możemy domyślać się Gomułki, załamuje ręce: „Co za naród! Gdziekolwiek tknąć, tam faszyści, nacjonaliści, religianci, gracze. Zazdroszczę Jugosławianom. To szczęście mieć miliony oddanych i wypróbowanych ludzi. My musimy lepić gmachy z gówna”.

Wczytajmy się też we wspomnienia uciekiniera z getta: „Było nas pięciu. Trzech mężczyzn i dwie dziewczyny. Wpadliśmy w obławę Narodowych Sił Zbrojnych. Michał (łatwy do rozszyfrowania Bolesław Piasecki – przyp. K.M.) w Warszawie był teoretykiem tego szlachetnego ruchu. Naród, tradycja, walka z Niemcami, katolicyzm i tak dalej. Publikował swoje brednie w ich pismach podziemnych. Ale w praktyce działalność ich oddziałów polegała na czyszczeniu kraju z Żydów i komunistów, co dla nich jest, jak wiesz, tym samym. Ich obława wyganiała nas z lasu na pola, gdzie czekali niemieccy żandarmi. Tamci czterej poszli i zginęli”.

Tyle miał do powiedzenia Czesław Miłosz, laureat Nagrody Nobla z 1980 r., o Żołnierzach Wyklętych. Przypomina się w tym miejscu list, jaki do „Czesia” – podówczas świeżo upieczonego dyplomaty nowej w Polsce komunistycznej władzy – wysłał w 1948 r. jego duchowy mentor, Tadeusz Juliusz Kroński, zwany „Tygrysem”. Filozof ten pouczał poetę: „Kto daje nam gwarancję, że ten ustrój, który umożliwia wolność i postęp, przejdzie przez wszystkie niebezpieczeństwa? Na kim się opieramy? Górnicy, część robotników i nawet Żydów (myślę, że nie więcej jak 20 proc.). Że większość jest jeszcze przeciw nam, to dlatego mamy zrezygnować z takiej szansy historycznej. No więc i ja czasem celowo daję się ponieść temperamentowi: My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji”.

Niewątpliwie przyszły noblista okazał się pojętnym uczniem. Przynajmniej do czasu, a nie zapominajmy, że „Zdobycie władzy” pisał już po otrzymaniu azylu na Zachodzie. W wolnym świecie.

6. Noam Chomsky

„Językoznawstwo i polityka”

W dziedzinie językoznawstwa – autorytet, współtwórca gramatyki transformacyjnej, autor ciekawych prac o strukturach składniowych. Niestety, ubzdurało mu się być również filozofem i politologiem. We wszystkim jest, jak przystało na Amerykanina, antyamerykański, a że jest Żydem (jego pochodzący z Ukrainy i Białorusi rodzice dopiero za wielką wodą zapomnieli jidysz), to dla urozmaicenia co pewien czas gwałtownie atakuje politykę prowadzoną przez Izrael.

Najgorsi są jednak, według niego, Amerykanie. Bezkonkurencyjni wręcz. Ich polityka jest pod każdym względem niemoralna. Gdy pod koniec lat 70. wraz z Edwardem S. Hermannem podważył zbrodnie Czerwonych Khmerów w Kambodży, ćwierć wieku później nie wycofał się ze bzdur, które firmował swoim nazwiskiem, podkreślając jedynie, że krytykował działania amerykańskich mediów. Jakby to one dyrygowały Pol Potem.

Pisze książki głupie i jeszcze głupsze, jak „Hegemonia albo przetrwanie. Amerykańskie dążenie do globalnej dominacji” czy „Zysk ponad ludzi: neoliberalizm a ład globalny”. Uchodzi za guru alterglobalistów, sam deklaruje się jako wolnościowy socjalista. Stary głupiec – to już dodaję od siebie.

7. Ryszard Kapuściński

„Chrystus z karabinem na ramieniu”

Ryszard Kapuściński w literaturze zaistniał już jako nastolatek. Ciekawe, że nie w prozie, lecz poezji, o ile utworek, który przyszły autor „Cesarza” pomieścił w 1951 r. w antologii „Wieczny płomień. Wiersze o Feliksie Dzierżyńskim”, za poezję uznać można.

Jednak prozą, i to szczególną, bo konfesyjną, są teksty Kapuścińskiego składające się na często pomijaną w ocenach jego dorobku książkę z roku 1975 „Chrystus z karabinem na ramieniu”. Czytelnikom polecamy zwłaszcza podwójny akt strzelisty – rozdział zatytułowany „Guevara i Allende”.

Francuski biograf Guevary, Jean Cormier, we wstępie do swojej książki o „Che” napisał: „Wychudzone zwłoki tego brodatego mężczyzny nieodparcie przywodziły na myśl wizerunek innego brodacza, który zmarł na krzyżu i którego imię również zaczynało się od liter »Ch« – Chrystusa. Obaj walczyli o wolność pojmowaną w ten sam sposób – jako dobro należne ludziom. Ale Che wykroczył daleko poza pacyfistyczne ścieżki palestyńskiego Żyda”.

Kapuściński tak daleko się nie posuwa, ale w kreowaniu rzeczywistości mitycznej jest niezrównany. „Oddział Guevary – opowiada o ostatnim, boliwijskim okresie życia Che – raz po raz chwyta jeńców, szeregowych i oficerów, którzy zaraz zostaną wypuszczeni. Militarnie jest to błąd ciężki, jeńcy donoszą natychmiast o położeniu oddziału, o jego liczebności i uzbrojeniu, ale Guevara nie rozstrzela żadnego z nich. – Jesteście wolni – tłumaczy im – my, rewolucjoniści, jesteśmy ludźmi moralnie uczciwymi, nie będziemy się znęcać nad bezbronnym przeciwnikiem”.

I z miejsca komentuje: „Ta zasada moralnej uczciwości jest cechą lewicy latynoamerykańskiej. […] W buncie lewicy latynoamerykańskiej występuje zawsze ten czynnik moralnego oczyszczenia, poczucie moralnej wyższości, dbałość o utrzymanie moralnej przewagi nad przeciwnikiem”.

Regis Debray, boliwijski towarzysz Che, opowiadając o nim, stwierdził: „To on właśnie, a nie Fidel, wpadł na pomysł zorganizowania na półwyspie Guanaha w 1960 roku pierwszego »obozu pracy poprawczej«”. Od niego też wiemy, że w swoim testamencie Guevara chwalił „skuteczną nienawiść, która czyni z człowieka efektywną, działającą szybko, selektywnie i bezwzględnie maszynę do zabijania”. Kapuściński wolał snuć rzewne kawałki o człowieku, który wierzył, że historia zawsze i natychmiast staje po stronie szlachetnych racji.

8. Bertolt Brecht

„Pan Puntila i jego sługa Matti”

Jedynym, prawdziwie wielkim dziełem Bertolta Brechta jest „Opera za trzy grosze” z songami Kurta Weilla. Tyle że – jak niemal wszystkie jego utwory – też niesamodzielnym. Główny wątek wzięty został bowiem z „Opery żebraczej” Johna Gaya, a duże fragmenty libretta z poezji François Villona w przekładzie K.I. Ammera, który po protestach uzyskał udział w honorariach.

Czytaj także:
Zakazane bestsellery PRL

A inne utwory Brechta? „Jego »Święta Joanna szlachtuzów« (1932) – wylicza Paul Johnson – jest rodzajem parodii »Dziewicy Orleańskiej« Schillera i »Świętej Joanny« Shawa. Oparł swoją sztukę »Karabiny pani Carrar« na »Jeźdźcach do morza« Johna Millingtona Synge’a. »Pan Puntila i jego sługa Matti« Brechta była związana z kradzieżą pracy etnografki Helli Wuolojocki, która gościła go w Finlandii (charakterystyczny przykład niewdzięczności). Wiersz »Freiheit Und Demokratie« (»Wolność i demokracja«, 1947) bardzo wiele zawdzięczał poematowi Shelleya »Maska anarchii«. Kradł od Kiplinga, kradł od Hemingwaya. Gdy Ernest Bornemann zwrócił uwagę Brechtowi na dziwne podobieństwo między jedną z jego sztuk a opowiadaniem Hemingwaya – dotykając w ten sposób jego czułego miejsca – Brecht zakrzyknął: »Wynoś się! Wynoś się! Wynoś się!«. Helene Weigel, która była w kuchni zajęta gotowaniem i nie słyszała początku sporu – nie miała więc pojęcia, o co chodziło – przyłączyła się lojalnie i wpadła do pokoju, krzycząc: »Tak, idź sobie! Idź! Idź!«, wymachując »patelnią jak mieczem«”.

Brecht podziwiany był przez partyjnych czynowników, w pogardzie miało go zaś wielu pisarzy. Tomasz Mann nazywał go „potworem”, Wystan Hugh Auden „ohydną postacią”. A Theodor Adorno powiadał, że Brecht codziennie godzinami wpycha sobie brud pod paznokcie, by wyglądać jak robotnik.

Ten twórca rzekomo proletariackiego teatru z proletariatem nie miał nic wspólnego. Nawet ubiór starannie przez niego wymyślony i w szczegółach dopieszczony kwitowany był przez jego nieprzyjaciół zdaniem, że Brecht nosi jedwabne koszule pod proletariacką uprzężą. Taka też była jego twórczość. Po części skradziona, po części wydumana, zawsze wtórna.

9. Norman Mailer

„Pieśń kata”

Obok niego Gore Vidal i Truman Capote – to była w pewnym momencie wielka trójka literatury amerykańskiej, którą poza literackim talentem łączyło przeświadczenie, że na sprzedaż jest nie tylko to, co piszą, ale i to, kim są. A wyszło im, że skandalistą być najlepiej, z czego bodaj Mailer wyciągnął najdalej idące wnioski.

Z Vidalem pobił się przed kamerami telewizyjnymi, jeśli zaś chodzi o Trumana Capote’a, to ten długo oszczędzał Mailera, który uznał go za najwybitniejszego pisarza pokolenia, w końcu jednak po „Pieśni kata” (1979) nie wytrzymał i wyrąbał wprost, że książka ta nie umywa się do jego „Z zimną krwią”. Przy okazji zakwestionował metody pracy Mailera, wykorzystującego ludzi do zbierania materiałów, by samemu nadać książce dopiero ostateczny szlif. Mailer nie pozostawał dłużny, zwracając uwagę, że Capote od lat niczego nie napisał, a nadzieje, że stworzy coś na miarę „Śniadania u Tiffany’ego”, maleją z dnia na dzień. „Ja jednak napisałem arcydzieło, on nie” – rekontrował Capote.

Czytaj także:
Julian Tuwim. Ile słów, tyle łgarstw

Norman Mailer obrażał ludzi, wygadywał głupstwa i świństwa, wdawał się w awantury i bójki, za co w istocie nie ponosił konsekwencji. Bił, ranił nożem i poniżał kolejne swoje żony, niezmiennie pozostając – jak byśmy dziś powiedzieli – celebrytą pierwszej wody. Pozował na ekscentryka i radykała, a był nieźle wykształconym Żydem z Brooklynu. Jednak to naprawdę niewystarczający powód, by go czytać.

10. Kazimierz Brandys

„Nierzeczywistość”

Tak oto pisał Kazimierz Brandys w powieści „Człowiek nie umiera”: „5 października hrabia Bór-Komorowski, wystraszony skutkami swojej zbrodni, spłoszony jak szczur dymem płonącego miasta i widokiem podstępnie przelanej krwi, której był hojnym szafarzem, rozwścieczony wreszcie niemiłą sytuacją, obnażającą zbyt jaskrawo zdradę »londyńskiego« dowództwa, które pod hasłem powstania p r z e c i w h i t l e r o w s k i m o k u p a n t o m usiłowało pchnąć młodzież warszawską p r z e c i w w y z w o l e ń c z y m a r m i o m l u d o w y m, radzieckiej i polskiej, wystraszony, spłoszony i rozwścieczony tym wszystkim, pojechał hrabia Bór do Ożarowa. Tam w kwaterze dowódcy SS von dem Bacha, po przyjacielskiej gawędzie, w której obydwaj generałowie odnaleźli wspólnych przodków po kądzieli – podpisano akt kapitulacji”.

„Człowiek nie umiera” stanowił ostatnią część cyklu „Między wojnami”, nagrodzonego w 1950 r. Nagrodą Państwową II stopnia. Był Kazimierz Brandys stalinowcem wręcz modelowym. Gdy jesienią 1955 r. odwilżowych odznak na niebie i ziemi przybierało z dnia na dzień, ta późniejsza ozdoba salonu warszawskiego pastwiła się jeszcze nad Miłoszem, ogłaszając w „Nowej Kulturze” utwór pod – okazało się, że nie do końca proroczym tytułem – „Nim będzie zapomniany”.

Jak to było możliwe, że pisarz „robił” następnie za klasycznego inteligenta warszawskiego, w „Listach do pani Z”. lansując żoliborski model obywatela – inteligenta z tradycjami świeckimi, spółdzielczymi i demokratycznymi. W „Wariacjach pocztowych” (1972) poszedł jeszcze krok dalej, tworząc całą linię genealogiczną inteligencji polskiej. Naturalnie, linię wzorcową.

Pierwszą książką, jaką przyszły autor „Miesięcy” wydał poza cenzurą, była „Nierzeczywistość” (1977). W skrócie chodzi w niej o reżysera teatralnego, który przebywając na Zachodzie, odpowiada w hotelu na pytania ankiety dotyczące powojennego okresu w Polsce. Książkę tę świetnie podsumował Gustaw Herling-Grudziński: „Uderzyła mnie główna słabość tego pisarstwa: pociąg do prozy wylizanej, gładkiej, bez wyraźnego punktu oparcia (i oporu). W jego nowej powieści ta dobrze naoliwiona gładzizna intelektualna ma swoją parantelę – »Zniewolony umysł« Miłosza: czyli książkę świetnie napisaną, lecz błędną, »wydumaną« za biurkiem”.

Nic dodać, nic ująć.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 9/2013
Artykuł został opublikowany w 9/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 21
  • Lester Moore IP
    Ma-Słoń urodził mysz. W składzie porcelany. Zmarnował okazję, żeby siedzieć cicho. Ale Żołnierzy Wyklętych wspomniał! Oprócz niego i jego kolegów nikt na świecie nie wie, kto to jest. O Hemmingwayu, Sartrze, Marquezie i pozostałych - wiedzą wszyscy. Patrzcie, jak to panu Masłoniowi łatwo przychodzi - być mądrzejszym od wszystkich.
    Dodaj odpowiedź 13 10
      Odpowiedzi: 0
    • Podpis IP
      Jeszcze niedawno z felietonów p. Masłonia wynikało, że jest ateuszem jeśli nie wojującym, to w każdym razie zatwardziałym. Od jakiegoś czasu widać ostentacyjną zmianę
      Dodaj odpowiedź 3 5
        Odpowiedzi: 0
      • Krzysztof IP
        Wszystkie wyżej wymienione książki są miliom razy lepsze niż cały dorobek "literacki" pana Masłonia.
        Dodaj odpowiedź 13 9
          Odpowiedzi: 0
        • Gramsci IP
          No tak, jak się ma taki talent i pozycję jak Masłoń, to można jechać po noblistach🤣🤣🤣
          Dodaj odpowiedź 15 7
            Odpowiedzi: 0
          • SpokoGostek IP
            To tylko streszczenie Intelektualistów Paula Johnsona. Rzecz znana od ćwierć wieku. Autor spore odkrycie zrobił.
            Dodaj odpowiedź 9 4
              Odpowiedzi: 2

            Czytaj także