TygodnikKlątwa Sydonii von Borck. Tajemnica zagłady dynastii Gryfitów

Klątwa Sydonii von Borck. Tajemnica zagłady dynastii Gryfitów

Sidonia von Borck
Sidonia von Borck
Dodano 7
Piękna pomorska szlachcianka została uwiedziona przez jednego z książąt z dynastii Gryfitów, który obiecał jej małżeństwo. Nie dotrzymał jednak słowa i poślubił inną dziewczynę, ze znacznie możniejszego rodu. W tej sytuacji Sydonia miała rzucić na jego ród klątwę, która spowodowała wymarcie pomorskiej dynastii.

Naukowcy wprawdzie nie zaprzeczają, że miała romans z ks. Ernestem Ludwikiem, ale podają w wątpliwość skuteczność anatemy szlachcianki. Fakty są jednak zastanawiające, bo chociaż Sydonia została stracona, Gryfici wymarli w przewidzianym przez nią terminie…

Rodzina Borków

Sydonia von Borck pochodziła z jednego z najświetniejszych rodów Pomorza Zachodniego. Dzieje Borków sięgają końca XII stulecia; wtedy to właśnie w dokumentach występuje niejaki Borko uważany za protoplastę rodu. Jego potomkowie mieli majątki w okolicach Kołobrzegu, z czasem jednak główną ich siedzibą stały się Strzmiele w dzisiejszym powiecie łobeskim (od miasta Łobez). Rodzina, podobnie jak cała szlachta zachodniopomorska, przez pokolenia uległa germanizacji, stąd też wzięło się von przed nazwiskiem.

Do czasów Sydonii najbardziej znanym członkiem rodu był Matzko (Maćko) von Borck, żyjący u schyłku XIV stulecia. Był to typowy przedstawiciel epoki: dzielny rycerz, zdolny dyplomata i sprytny rabuś. Miał na koncie zarówno misję dyplomatyczną do króla Eryka Pomorskiego, jak i porwania dla okupu. Inna sprawa, że specjalizował się raczej w napadach na szlachetnie urodzonych przedstawicieli zachodnioeuropejskich rodów zmierzających do Malborka, co raczej wzbudza sympatię do jego osoby. Rozbójnicza działalność rycerza sprowokowała zresztą interwencję Krzyżaków, którzy spalili rodową siedzibę w Strzmielach.

Prawnukiem Maćka był ojciec Sydonii, Otto von Borck. Po swoim przodku odziedziczył niechęć do obcego rycerstwa osiedlającego się na Pomorzu, ze szczególnym uwzględnieniem przybyszów z Brandenburgii. Miało to podtekst polityczny, gdyż elektorzy z dynastii Hohenzollernów od pokoleń usiłowali podporządkować sobie Pomorze Zachodnie. Gryfici byli lennikami cesarza, ale na mocy dawnych traktatów w przypadku wygaśnięcia dynastii władza nad Bałtykiem miała przejść w ręce Brandenburczyków.

Czytaj także:
Polacy na krucjatach. Zapomniana epopeja naszych obrońców wiary

Otto miał czworo dzieci – trzy córki i syna. Najmłodszą z rodzeństwa była Sydonia, urodzona pomiędzy 1540 a 1550 r., dokładnej daty jej przyjścia na świat nie jesteśmy w stanie ustalić.

Gryfici zaś byli słowiańską dynastią panującą na Pomorzu Zachodnim od niepamiętnych czasów. Chociaż wielokrotnie powinowacili się z Piastami, ich państwo nie znalazło się w granicach zjednoczonej po rozbiciu dzielnicowym Polski. Związani politycznie i kulturowo z krajami niemieckimi, ulegli germanizacji, ale jeszcze przez wiele pokoleń znajomość języka polskiego nie była wyjątkiem wśród przedstawicieli rodziny.

Pomorze Zachodnie nie stanowiło monolitu, rozrodzona dynastia wielokrotnie dzieliła pomiędzy siebie jego terytorium. Zjednoczył je dopiero Bogusław X, najwybitniejszy przedstawiciel rodu i gorący orędownik bliskiej współpracy z Polską (poślubił córkę Kazimierza Jagiellończyka). To właśnie jego potomkowie mieli panować na Pomorzu przez jeszcze ponad sto lat i bliska znajomość z jego prawnukiem miała okazać się fatalna w skutkach dla naszej bohaterki.

W chwili narodzin Sydonii nic nie zapowiadało katastrofy rządzącej dynastii. Żył jeszcze młodszy syn Bogusława X, Barnim IX Stary, który współrządził wraz z bratankiem (wnukiem Bogusława), Filipem I. Młodszy książę nie narzekał na brak dzieci, doczekał się aż dziesięciorga potomków, w tym siedmiu synów. Wprawdzie dwóch chłopców zmarło w dzieciństwie, ale pozostali cieszyli się dobrym zdrowiem i byli przyszłością pomorskiej dynastii.

Czytaj także:
Rewanż za potop. Polscy jeźdźcy apokalipsy

Częste podziały dynastyczne spowodowały, że Gryfici nie mieli jednej stolicy. Zmienne warunki polityczne (zdarzało się, że książęta losowali co kilka lat pomiędzy sobą poszczególne dzielnice!), zagrożenie zewnętrzne oraz klęski żywiołowe spowodowały, że rezydowali w różnych miastach. Jednym z najważniejszych była Wołogoszcz (Wolgast), stolica księcia Filipa I (Barnim Stary przebywał najczęściej w Szczecinie). Właśnie na dwór w Wołogoszczy trafiła nastoletnia Sydonia i tam poznała syna księcia Filipa, Ernesta Ludwika.

Fatalny romans

Był on jej rówieśnikiem, człowiekiem dobrze wykształconym (studiował w Greifswaldzie, Wittenberdze oraz Paryżu) i obytym w świecie (podróżował do Niemiec, Francji i Anglii). Uchodził za jednego z najbardziej inteligentnych książąt Rzeszy Niemieckiej, a do tego był jeszcze wyjątkowo urodziwy. W pełni potwierdza to zachowany portret; wprawdzie pochodzi on z okresu, gdy książę był już w średnim wieku, ale nawet wówczas mógł jeszcze uchodzić za bardzo przystojnego mężczyznę. Poza tym należał do panującej dynastii, a jak wiadomo, władza zawsze była najsilniejszym afrodyzjakiem.

Sydonia także nie mogła narzekać na brak urody. Zwróciła nawet uwagę słynnego Lucasa Cranacha Młodszego podczas jego pobytu na dworze w Wołogoszczy. Artysta zaproponował jej sesję portretową, nie ukrywając przy tym poważnych zamiarów. Piękna szlachcianka pozostała jednak obojętna na awanse malarza, gdyż jej serce zdobył Ernest Ludwik.

Był to gwałtowny romans, a książę obiecał wybrance małżeństwo. Wprawdzie byłby to mezalians, ale europejskie dwory widziały już wiele takich związków. Z własnymi poddanymi dwa razy żenił się Władysław Jagiełło, mieszczkę z czeskiej Pragi poślubił Kazimierz Wielki, mezalianse zdarzały się wśród niemieckich książąt, a nawet w dynastiach cesarskich. Własne poddane czterokrotnie poślubiał Henryk VIII Tudor (i dwie z nich kazał skrócić o głowę), a całkiem niedawno Rzeczpospolitą wstrząsnął skandal związany ze ślubem Zygmunta Augusta z Barbarą Radziwiłłówną. Gryfici byli mniej znaczącym rodem niż Piastowie czy Jagiellonowie, zatem wydawać się mogło, że obietnice Ernesta Ludwika będą miały pokrycie w rzeczywistości.

Niestety, pomorski książę nie był odpowiednio zdeterminowany, a może po prostu nie kochał tak bardzo jak Zygmunt August. Gdy zaprotestowała rodzina, ugiął się pod jej żądaniami i zrezygnował z małżeństwa. Urażona Sydonia natychmiast opuściła dwór w Wołogoszczy, a kiedy Ernest poślubił księżniczkę brunszwicką, miała przekląć niewiernego kochanka i jego bliskich. Podobno stwierdziła, że „nie minie 50 lat, a ród Gryfitów wyginie”. Jeżeli była to prawda, to niewiele się pomyliła….

Spory i procesy

Sydonia osiadła w Strzmielach, a gdy zmarł jej ojciec, wraz z siostrą Dorotą znalazła się pod opieką starszego brata, Ulricha. Ich wzajemne stosunki układały się fatalnie, rodzeństwo ciągle się kłóciło o pieniądze. Wreszcie doszło do ugody i w zamian za zrzeczenie się praw do spadku po ojcu Ulrich miał wypłacać siostrom roczną rentę i zapewnić im utrzymanie. Niestety, gdy we wrześniu 1569 r. się ożenił, ugoda stanęła pod znakiem zapytania. Sydonia i Dorota nie mogły dojść do porozumienia z bratową i opuściły rodzinną posiadłość. Od tej pory życie panien von Borck miały wypełniać ciągłe procesy sądowe z bratem o spadek, a Sydonia nigdy miała nie zapomnieć bratu wyrządzonej krzywdy.

Nie wyszła też za mąż, podobno odrzuciła ponad 15 kandydatów do swojej ręki. Najwyraźniej szlachta pomorska nie uważała romansu z księciem Ernestem za coś uwłaczającego, inna sprawa, że prawa majątkowe do rodzinnych posiadłości też miały znaczenie. Sydonia jednak uparcie trwała w staropanieństwie i z coraz większą zajadłością angażowała się w spory sądowe. Nie ograniczała się wyłącznie do procesów z bratem, można wręcz odnieść wrażenie, że kompensowała sobie w ten sposób zawiedzioną miłość do księcia Ernesta.


Po wyjeździe ze Strzmieli długo nie mogła znaleźć miejsca stałego pobytu. Wiadomo, że w 1589 r. osiadła w Szczecinie u rodziny Brockhausen, była tam zamieszana w proces sądowy o malwersacje finansowe swoich gospodarzy. Przy okazji oskarżono ją o szerzenie plotek zniesławiających księcia Jerzego Fryderyka (brata Ernesta Ludwika), który miał korzystać z „prawa pierwszej nocy” wobec dam swojego dworu. Potem panna von Borck mieszkała w: Stargardzie, Krępcewie, Chociwlu, Resku i Marianowie. W efekcie pożarów dwa razy traciła cały swój dobytek, prześladowali ją też ludzie nasłani przez Ulricha. Niewiele pomagały korzystne orzeczenia w procesach z bratem, bo chociaż Ulrichowi nakazywano wypłaty należności na rzecz obu sióstr i próbowano zająć jego majętności, możnowładca sprawnie unikał egzekucji komorniczej.

Sydonia chyba lubiła się procesować i z upływem czasu stała się coraz częstszym gościem sal sądowych. Oskarżyła niejakiego Jakuba von Stettina o pobicie, innym razem żądała odszkodowania za utracony w pożarze dobytek. Po Pomorzu zaczęły jednak krążyć plotki, które zaczęły zagrażać jej życiu. Powtarzano, że zajmuje się czarami, a nieszczęścia miejscowej dynastii są spowodowane jej przekleństwem.

Zgony, klasztor i czary

Faktycznie, coś złego działo się z książęcą rodziną. Stary Barnim zmarł jeszcze w 1573 r., jednak jego śmierć w wieku 72 lat była jak najbardziej naturalna. Gorzej było z synami Filipa I; zadziwiająca seria bezpotomnych zgonów do dziś budzi zainteresowanie. Jako pierwszy, w 1592 r., odszedł z tego świata niewierny kochanek Sydonii, Ernest Ludwik. Osiem lat później zmarł jego brat, Jan Fryderyk, następnie w ciągu trzech lat pożegnali się z życiem trzej kolejni książęta. Później nastąpiła przerwa, co spowodowało wyciszenie plotek, które jednak wybuchły z nową siłą, gdy w wieku 35 lat (w 1617 r.) bezpotomnie zmarł książę Jerzy III. Powszechnie szeptano, że panna von Borck faktycznie musiała przekląć ród Gryfitów, w co zresztą szczerze wierzył panujący w Szczecinie książę Filip II. Podobno poprosił nawet Sydonię o cofnięcie klątwy, spotkał się jednak ze zdecydowaną odmową.

Czasy sprzyjały wierze w przekleństwa, czary i uroki. W całej Europie płonęły stosy, katolicy i protestanci walczyli z diabłem i służącymi mu kobietami. Historyk Bogdan Frankiewicz podał przerażające statystyki dotyczące Rzeszy Niemieckiej. W ciągu trzech lat spalono w Hesji 250 czarownic, w Offenburgu liczącym zaledwie 2 tys. mieszkańców przez dwa lata wysłano na stos 79 kobiet. Natomiast w miejscowości Wiel, zasiedlonej przez zaledwie 200 rodzin, spalono aż 38 kobiet posądzanych o czary i kontakty z diabłem.

Sydonia była wymarzoną ofiarą. Od lat interesowała się zielarstwem, miała podejrzane kontakty z kobietami oskarżanymi o czary. Do tego była kłótliwa i apodyktyczna, często też odgrażała się swoim przeciwnikom, którzy dziwnym trafem schodzili następnie z tego świata. Na domiar złego była jeszcze sprawa rzekomej klątwy rzuconej na panującą dynastię…

Kilka lat po śmierci siostry, w 1604 r., Sydonia osiadła w dawnym klasztorze w Marianowie przekształconym po sekularyzacji w dom dla panien ze szlachetnych domów. Był to początek jej nowych kłopotów, gdyż wprawdzie ze względu na pochodzenie została zastępczynią przełożonej, ale szybko pozbawiono ją tego stanowiska. Często bowiem opuszczała klasztor (musiała być obecna na kolejnych rozprawach sądowych), nie zamierzała się też pogodzić z regułą obowiązującą pensjonariuszki. Doszło do tego, że zakonnice oskarżyły ją przed sądem, że „zatruwa im życie”, a dawny jej wielbiciel, niejaki Lupold von Wedel, pobił ją na dziedzińcu. Sydonia nigdy mu tego nie wybaczyła i zapowiedziała zemstę.

W październiku 1612 r. po raz pierwszy oficjalnie oskarżono ją o czary, po czym ubezwłasnowolniono i zakazano jej opuszczać teren klasztoru. Postanowiła złożyć oficjalną skargę do księcia Filipa i próbowała wydostać się na zewnątrz za pomocą siekiery, jednak siłą zmuszono ją do powrotu do celi. Przy okazji dobrze zapamiętano przekleństwa i groźby, jakich nie szczędziła swoim prześladowcom.

Nad Sydonią zbierały się ciemne chmury. Niejaki Henryk Prechel (kolejny dawny wielbiciel) zabrał jej psa, do którego była bardzo przywiązana. Zwierzę też nie było zadowolone ze zmiany właściciela i przy pierwszej okazji śmiertelnie pogryzło jego dziecko. Zrozpaczony ojciec oskarżył byłą narzeczoną o zabójstwo syna za pomocą czarów, pojawili się też świadkowie twierdzący, że szlachcianka współżyje z dwoma diabłami, które są na jej usługach. Także jej kot miał być wcieleniem kolejnego diabła, a Sydonia zajmowała się jeszcze trucicielstwem. Gdy w lutym 1618 r. zmarł niespodziewanie książę Filip II, jego następca, Franciszek, podpisał akt uwięzienia szlachcianki.

Czytaj także:
Niezwykły dar od narzeczonej Kazimierza Wielkiego. Uszczęśliwił tysiące polskich rodzin

Oskarżono ją o rzucanie klątw na swoich przeciwników, przyzywanie chorób i kontakty z diabłem. A do tego miała spowodować jeszcze śmierć dziecka byłego narzeczonego i zamordować z pomocą sił nieczystych pastora i furtiana z Marianowa. Łącznie przedstawiono jej ponad 70 zarzutów, z których właściwie każdy wystarczał do posłania na stos. Tym bardziej że świadkowie potwierdzali kolejne zarzuty, a niektórzy opowiadali również, że widywali ją w towarzystwie dziwnych stworów rodem z innego świata. Przy okazji ustalono też, ze Sydonia kontaktowała się kobietami, które uznano za czarownice i spalono na stosie.

Wprawdzie staruszka (w chwili procesu miała zapewne ponad 70 lat) odrzuciła zarzuty, ale sędziowie mieli dużą wprawę w łamaniu oporu oskarżonych. Sydonia została wydana oprawcom, którzy torturami zmusili ją do przyznania się do winy. Nie zamierzała jednak rezygnować z obrony i gdy postawiono ją ponownie przed sądem,odwołała zeznania. Broniła się zresztą w sposób bardzo inteligentny, ale sprawa była od dawna przesądzona. Chociaż sprawa „klątwy” rzuconej na Gryfitów oficjalnie nie wypłynęła podczas procesu, to i tak uważano ją za najważniejszy powód oskarżenia. Zatem ponownie zastosowano tortury i sytuacja się powtórzyła. Szlachcianka po raz kolejny odwołała zeznania, czym wprawiła sędziów w prawdziwe osłupienie.

Załamała się dopiero po trzeciej fazie tortur i podczas kolejnej rozprawy prosiła już tylko o szybką śmierć. Do końca zachowała jednak charakter. Gdy grożono jej stosem, dumnie odparła, że „jako szlachcianka ma prawo do miecza”. I tak też się stało, Sydonię von Borck ścięto 19 sierpnia 1620 r. przy Bramie Młyńskiej w Szczecinie, a dopiero jej martwe ciało rzucono na pastwę płomieni.

Trzy miesiące później niespodziewanie zmarł książę Franciszek, który nadzorował proces, a dwa lata później odszedł jego brat Ulryk. Obaj nie pozostawili potomków, podobnie jak zmarły trzy lata później syn jej dawnego kochanka, Filip Juliusz. Ostatni męski przedstawiciel dynastii, Bogusław XIV, odszedł w 1637 r., a Pomorze podzieliły między siebie Brandenburgia i Szwecja. Nie brakowało wówczas takich, którzy twierdzili, że klątwa Sydonii von Borck się dopełniła…

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2017
Artykuł został opublikowany w 6/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 7
  • Aniaa IP
    Hej, chciałabym tą drogą zapoznać extra faceta na resztę życia. Ja 25 letnia przy talii blondynka po nieudanym związku, wiek nie gra roli, jesteś sam ? Pisz do mnie w serwisie: czaterka]pl
    Dodaj odpowiedź 0 1
      Odpowiedzi: 0
    • histor IP
      "W całej Europie płonęły stosy, katolicy i protestanci walczyli z diabłem i służącymi mu kobietami." -- To zdanie świadczy o zupełnej ignorancji w tej sprawie.

      Stosy rzeczywiście w tym czasie płonęły, ale w krajach PROTESTANCKICH, bo był to okres największych szaleństw i obłędu rewolucji protestanckiej. W krajach katolickich prawie tego nie było. Dzieło "Młot na czarownice" napisał protestant. Zresztą aż do końca 19w protestanci zabijali "czarownice".

      Także wymienianie katolików, tym bardziej przed protestantami, jest wyrazem ignorancji, albo w przeciwnym przypadku złej woli.
      Dodaj odpowiedź 44 7
        Odpowiedzi: 3

      Czytaj także