TygodnikW telewizji pokazali

W telewizji pokazali

Dodano

Wreszcie na temat katastrofy smoleńskiej wypowiedziało się jakieś kompetentne ciało - telewizja. W dodatku zagraniczna, czyli taka, która mylić się nie może. No i jeszcze o bardzo znanej nazwie: National Geographic.

To właściwie zamyka dyskusję. Polak, jak wiadomo, wierzy jedynie w to, co zobaczy w telewizji. A skoro w filmie „Śmierć prezydenta” nakręconym przez kanadyjską Rosjankę, czy też rosyjską Kanadyjkę pojawiają się słowa tak wybitnych ekspertów lotniczych jak Konstanty Gebert (wg „GW”: „wybrano go m.in. dlatego, że mówi dobrze po angielsku, a program jest przeznaczony na rynek międzynarodowy”), to wiadomo, że nie ma już o czym dyskutować.

Pieje więc zachwycony dziennikarz „Polska The Times” na pierwszej stronie, że „to, czego się dowie świat o tragedii, jest zbieżne z ustaleniami komisji Millera, podważone są tezy Rosjan”. Naprawdę? Wedle autorów filmu obecność generała Błasika w kokpicie została potwierdzona – bzdura niemożebna. I jest opowieść o strasznej „presji” wywieranej na załogę – czyli „fakt” znany jedynie z ponurych głębin równie ponurych umysłów autorów „Wyborczej”, którzy pierwsi próbowali kręcić na ten temat. I tak dalej.

Finalne zdanie filmu, w którym mówi się o tym, jak to wspaniale, że dwa zwaśnione narody wspólnie wyjaśniły tragedię, brzmi jak żart jeszcze bardziej ponury od publikacji „GW”. I jeszcze jedno pyszne zdanie z „Polska The Times”: „ten film wywoła poruszenie podobne jak artykuł o trotylu”. Rozumiem, że autor tego porównania sugeruje, że za tę produkcję wyrzuceni zostaną z pracy redaktor naczelny kanału NG, jego zastępca, szef działu produkcji oraz autor filmu?

Znakomicie z bzdurami pokazanymi w filmie National Geographic rozprawia się dziś w „Gazecie Polskiej Codziennie” Anita Gargas. „Wyjątkowa mieszanka kłamstw i przeinaczeń, które znamy z informacji rozgłaszanych przez Rosjan od pierwszych godzin po katastrofie” pisze Gargas. Warto sięgnąć po ten tekst. Nucąc sobie przy okazji przeróbkę songu Salonu Niezależnych „Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili, że Rosjanie po Smoleńsku, są dla Polski bardzo mili”.

Idiotyczny optymizm bije z frontu „Rzeczpospolitej”. Oto „Samorządy tną wydatki”, a dzięki temu znacząco się „poprawia kondycja gmin”. I dalej: to fajnie że samorządy same ograniczają wydatki, bo minister Rostowski dzięki temu nie musi ich dyscyplinować. Diabeł tkwi w szczegółach – z ciągu dalszego artykułu, już wewnątrz numeru, dowiedzieć się można, że „kryzys dotyka też samorządy”, ponieważ „dochody z podatków spadają”. Efekt? „Miasta muszą ciąć inwestycje, żeby obniżać deficyt”. Czyli na froncie kondycja gmin się poprawia, ale w środku – już pogarsza. Jak zresztą ma się nie pogarszać, skoro rząd zrzuca na gminy coraz więcej zobowiązań, ale pieniędzy nie dodaje? Gdybym dla „poprawienia kondycji” zdecydował przestać wydawać pieniądze na jedzenie, z pewnością na jakiś czas poprawiłoby to moją sytuację finansową, co nie zmienia faktu, że dzięki temu padłbym pod płotem, by zdychać malowniczo.

Przy okazji „Rzeczpospolitej” – zauważyli Państwo, że od ubiegłej soboty z pierwszej strony zniknęła informacja o nakładzie gazety? Sprzedaż jest już tak wysoka, że sięgnęła kosmosu – a stamtąd import cyferek jest zbyt kosztowny, więc o skali upadku dowiemy się dopiero z przyszłych raportów Związku Kontroli Dystrybucji Prasy.

Warto śledzić słownik premiera Tuska. O kolejarzach, którzy zastrajkowali: „nieludzka decyzja”. O marszałkach Sejmu, którzy przyznali sobie po 40 tys. zł nagród – „niefortunna decyzja”. Akurat nie irytuje mnie fakt, że ktoś sobie wypłaca dodatki w zgodzie z regulaminem (poprzednicy też sobie wypłacali). Robienie awantury o to, że ktoś dostaje to, co ma zapisane w umowie o pracę, trąci taniuchnym populizmem. Ale badania nad językowymi manipulacjami premiera tysiąclecia z pewnością mają przyszłość – materiału wystarczy na wiele lat i wiele magisterek. O ile oczywiście Platforma nie zlikwiduje magisterek – w końcu pieniądze wydawane bezmyślnie na kształcenie można zainwestować rozsądniej, na przykład w nowe fotoradary.

Na chwilę wróćmy do „Rzeczpospolitej” – strony biznesowe przynoszą obszerną analizę danych GUS o sprzedaży detalicznej. Są najsłabsze od kwietnia 2005 roku. Recesja, krach, kryzys – ekonomiści zastanawiają się już, jak najlepiej nazwać to, co się nam w gospodarce szykuje. Redakcja opatruje blok o portfelach i wydatkach Polaków tytułem „Wydajemy coraz ostrożniej”. Święte słowa. Najostrożniej wydaje się to, czego się po prostu nie ma.

 0

Czytaj także