TygodnikSzczelina w systemie

Szczelina w systemie

Dodano

Są dwa powody, dla których obecna kampania prezydencka warta jest uwagi. Przede wszystkim pokazała ona, że urząd prezydenta w postaci, w jakiej opisuje go konstytucja, nie ma znaczenia. Poza tym dowiodła, że nawet na stabilnej i zamurowanej scenie politycznej może pojawić się miejsce dla kogoś nowego.

Dowodem na prawdziwość pierwszego twierdzenia zdaje się jakość kandydatów. Zrozumiał to pięć lat temu Donald Tusk. I wyciągnął właściwe wnioski. To on ostatecznie namaścił na urząd Bronisława Komorowskiego, polityka bez charyzmy i bez silnej pozycji w Platformie. Z jego punktu widzenia postąpił słusznie. Komorowski okazał się lojalnym, mało aktywnym i pozbawionym większych ambicji urzędnikiem w roli głowy państwa. Dokładnie odegrał rolę, jaką mu przypisano. Banalne wystąpienia, brak katastrof z jednej i wzlotów z drugiej strony.

Tym razem do podobnych wniosków co Tusk doszli pozostali liderzy partyjni. Dlatego wystawili kandydatów z drugiego szeregu, postacie, które albo całkiem nie miały wcześniej politycznego znaczenia, tak jak Magdalena Ogórek, albo miały ograniczone, tak jak Andrzej Duda. Prawdziwa władza spoczywa w rękach premiera. To rząd, kontrolując większość sejmową, faktycznie jest inicjatorem większości ustaw, to od szefa gabinetu zależy kształt polskiej polityki.

Pod względem rozdziału kompetencji władz Polska ma jedną z najbardziej absurdalnych ustaw zasadniczych na świecie. Być może coś podobnego wymyślili po wojnie tylko Włosi, kiedy to powołali do życia dwie osobne izby parlamentu, przyznając im faktycznie taką samą władzę. Nigdzie jednak nie ma systemu, w którym wybierany w powszechnych wyborach, a więc cieszący się najsilniejszym mandatem demokratycznym prezydent miał tak mało do powiedzenia. Praktycznie może on tylko blokować działania rządu, co ma znaczenie polityczne tylko w sytuacji, kiedy należy do formacji opozycyjnej. Doprawdy, głupiej nie można było tego zaplanować. Skoro już wybiera go cały lud, to niech ma, tak jak prezydenci Francji czy USA, odpowiednią do tego władzę! A jeśli nie, to należałoby wybierać go w wyborach pośrednich i zabrać mu resztę uprawnień władczych, przede wszystkim prawo weta.

Polski system ma tylko jedną zaletę. Pozwala od czasu do czasu pojawić się nowym twarzom. Wystarczy zebrać 100 tys. podpisów. Z tego punktu widzenia warto oceniać wynik Pawła Kukiza, człowieka, który rzeczywiście w polityce jest całkiem nowy. Mniejsza o ocenę jego programu, dziwny to bowiem konglomerat postulatów słusznych i dziwacznych. Największą zaletą Kukiza jest to, że wyzwolił energię społeczną, obudził wyborców, którzy szukali kandydata spoza wielkich partii. Szansy na zwycięstwo nie ma, ale na niezły wynik tak. Czy antysystemowcy, tak jak on i Janusz Korwin-Mikke, są jedynie efemerydą? Czy będą umieli wykorzystać ewentualny sukces? Czy wybory prezydenckie posłużą im jako wehikuł do budowy silnych bytów politycznych, to znaczy partii? To chyba najciekawsze pytanie tej kampanii.

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 17/2015
Cały wywiad opublikowany jest w 17/2015 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ atr
 0

Czytaj także