TygodnikPowstanie styczniowe na Ukrainie. Walki na Kijowszczyźnie i Wołyniu

Powstanie styczniowe na Ukrainie. Walki na Kijowszczyźnie i Wołyniu

Kosynierzy z powstania styczniowego, rok 1863
Kosynierzy z powstania styczniowego, rok 1863 / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 3
Polscy powstańcy na Ukrainie poświęcili życie inteligenckiej młodzieży i szlacheckie majątki, na czym skorzystał tylko car. Większość powstańców w województwie kijowskim zginęła z rąk nie carskich żołnierzy, lecz chłopów.

Od przeszło trzech miesięcy na ziemiach Królestwa Polskiego trwało powstanie styczniowe, na Litwie właśnie się zaczynało. Kierujący walką Tymczasowy Rząd Narodowy w Warszawie zaczął domagać się od komitetu Rusi, by podniósł sztandar powstańczy na Ukrainie w województwach: kijowskim, wołyńskim i podolskim. 8 kwietnia 1863 r. podczas narady pułkowników Edmunda Różyckiego i Zygmunta Miłkowskiego z gen. Józefem Wysockim wyznaczono termin rozpoczęcia walki na Ukrainie na miesiąc później. Ustalono też, że z chwilą wybuchu powstanie otrzyma wsparcie oddziałów formowanych w zaborze austriackim pod komendą Wysockiego.

Przeciwnikom powstania, zwłaszcza w województwie kijowskim, gdzie Polacy stanowili zdecydowaną mniejszość w morzu ukraińskich chłopów, zwolennicy walki rzucali kpiąco w twarz, że nie wierzą we własne siły, i powtarzali słowa cesarza Francuzów Napoleona III, że Polacy powinni krwią zakreślić granice odrodzonego państwa. Frazes ten traktowano poważnie. Dlatego jeden z przeciwników insurekcji Tadeusz Bobrowski, mimo że jego brat był członkiem komitetu, który rozpoczął powstanie styczniowe, uważał, iż niezależnie od polityki rosyjskiej wobec Polaków głównym powodem podjęcia decyzji o rozpoczęciu walki był „zapalny temperament narodu, znanego ze swej łatwowierności, lekkomyślności i niestałości”.

Bez karabinów

Dowódcy spisku przeszli do porządku dziennego nad wieloma problemami, które podważały sens rozpoczęcia walki. Źródłem przekonania o powodzeniu była wiara, że powstanie poprą ukraińscy chłopi. Liczono na to, że stanie się to z chwilą, kiedy zostanie im ogłoszony manifest powstańczy, nazwany „Złotą hramotą”, ponieważ wydrukowano go złotymi czcionkami. Sformułowany w języku ukraińskim zapowiadał nadanie chłopom podstawowych wolności i praw obywatelskich, swobodę religii oraz przekazanie na własność uprawianej przez nich ziemi bez odszkodowania (to miało wziąć na siebie państwo, spłacając dotychczasowych właścicieli). Wbrew przekonaniu spiskowców, opartym na całkowicie fałszywych przesłankach i lekceważeniu wszelkich głosów sprzeciwiających się patriotycznej egzaltacji, nastroje chłopów były całkowicie odmienne. Decydujący wpływ miały na nie wieści, szerzone przez rosyjskich urzędników i popów, jakoby celem powstania było odebranie chłopom praw i korzyści danych lub obiecanych im przez cara. Władze rosyjskie utworzyły we wsiach straże włościańskie, którym nakazano chwytanie „buntowników”, co też po wybuchu powstania gorliwie czyniły. Łącznie w zwalczanie powstańców zaangażowano kilkadziesiąt tysięcy chłopów.

Przywódcy ruchu nie dostrzegali też, że liczba ochotników deklarujących udział w powstaniu oraz stan uzbrojenia nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości. Część osób ujętych w ewidencji organizacyjnej nie przystąpiła do walki, poza tym niektórzy występowali w spisach kilku oddziałów naraz. Znawca tematyki Andrzej Wroński podaje, że jeden z setników w powiecie żytomierskim na miejscu koncentracji swojego oddziału nie spotkał żadnej osoby, jego ludzie byli bowiem równocześnie przypisani do innych partii. W województwie kijowskim przewidywana liczba powstańców zebrała się tylko w samym Kijowie i okolicach, w pozostałych – średnio jedna czwarta spodziewanej liczby, czasem (tak jak w powiecie taraszczańskim) mniej, gdyż ze spodziewanych 600 było zaledwie stu.

Czytaj także:
Żydzi w powstaniu styczniowym

W polskim środowisku ziemiańskim przygotowania te odbywały się na wpół jawnie, dlatego przeciwnicy ruchu, na czele z Bobrowskim, mieli możliwość przemówić do rozumu entuzjastom wszczęcia walki. Na próżno jednak. „Co panowie robicie, sił własnych nawet obrachować nie potrafiliście albo nie chcecie, oszukujecie się wzajemnie, ja na uboczu stojąc, wiem dobrze, że jedne i te same osoby w spisach waszych figurują [...], że nie macie broni, którą powprawiane w drzewca dłuta mają zastąpić” – mówił Bobrowski Władysławowi Henszlowi, jednemu z najbardziej ofiarnych działaczy przedstyczniowej konspiracji na Ukrainie. Na pewność wyrażaną przez Władysława Padlewskiego i innych, że usposobili włościan jak najlepiej, Bobrowski zaś dopowiedział: „Co im nie przeszkodzi przy pierwszym poruszeniu waszym wiązać was i oddawać w ręce władzy”. Nawet jednak on nie spodziewał się zapewne, że przeważająca większość powstańców w województwie kijowskim zginie z rąk nie carskich żołnierzy, lecz ukraińskich chłopów.

Kijowska tragedia

Oddziały powstańcze miały skoncentrować się we wszystkich powiatach województw ukraińskich i rozpocząć walkę w nocy z 8 na 9 maja 1863 r. Wobec odmowy przystąpienia do niej komitetu powstańczego na Podolu, powstanie wybuchło jedynie w dwóch pozostałych województwach (kijowskim i wołyńskim). W kijowskim większość oddziałów została rozbita w ciągu dwóch dni, nieliczne przetrwały około tygodnia. W Borodziance (na północny zachód od Kijowa) przeszło stuosobowa partia Romualda Olszańskiego została otoczona i mimo rozpaczliwego oporu w części spalona żywcem w zabudowaniach tej wsi, w części wzięta do niewoli rosyjskiej. Dwa oddziały, które wystąpiły w powiecie wasilkowskim, następnego dnia wymordowali chłopi. Więcej szczęścia mieli powstańcy w powiecie taraszczańskim, dowodzeni przez Adama Zielińskiego, pseudonim Wola, czyli przekładając na polski Wolność, byłego oficera carskich saperów. Otoczeni przez chłopów, których zamiary wyglądały groźnie, lecz do których strzelać nie chcieli, złożyli broń i zostali wydani żołnierzom rosyjskim, ci zaś powiedli ich do twierdzy kijowskiej.

W powiecie berdyczowskim dowództwo nad oddziałem powstańczym objął blisko 70-letni Platon Krzyżanowski. Pochodził on ze szlachty wyznania prawosławnego, jego ojciec był wicegubernatorem podolskim, a on sam oficerem rosyjskim, lecz później w czasie powstania listopadowego służył w wojsku polskim. Po kilku drobnych utarczkach z Rosjanami skierował się w stronę Lipowca. Bardziej naturalne byłoby połączenie się z powstańcami wołyńskimi, do czego jednak nie doszło, co według Tadeusza Bobrowskiego było spowodowane „chyba panującą wówczas manią zakreślenia krwią granic”. Po drodze do Lipowca zajęto stację pocztową, dozorowaną przez niejakiego Taxa, którego podejrzewano o lustrowanie korespondencji. Powołany naprędce sąd doraźny skazał tegoż urzędnika na powieszenie, co też zaraz wykonano.

Wobec ciężkiej choroby Krzyżanowskiego, który po egzekucji Taxa wrócił do domu, skąd natychmiast zadenuncjowany przez włościan został wywieziony do Kijowa, dowództwo oddziału objął Antoni Trypolski. I on był uczestnikiem powstania listopadowego, lecz jak twierdził znający go Bobrowski, „tyle o wojnie i wojsku miał wyobrażenia co i ja” (czyli prawie w ogóle). Wbrew tej opinii Trypolski stawił Rosjanom twardy opór pod Malinkami (potyczkę tę sytuuje się też pod Bułajem), jednak uległ przewadze wroga. Resztki oddziału berdyczowskiego rozbili chłopi pod wsią Pohrebyszcze, pastwiąc się nad zwłokami poległych tak, że rodziny później nie mogły ich rozpoznać.

W powiecie skwirowskim partią powstańczą, liczącą zaledwie 170 ludzi zamiast spodziewanego pół tysiąca, dowodził oficer petersburskiej Akademii Sztabu Generalnego Piotr Chojnowski, a był przy nim wspomniany już Henszel. „Osaczeni w iwnickich lasach powstańcy spotkali tak rzęsistym ogniem wojsko, że to na razie tył podało, ale gdy zauważyło, że ogień nieregularny, a dojrzało nadciągającą obławę włościan, rzuciło się i powstańców zgniotło, głównie przy współudziale włościan. Jeden z tych ostatnich płatnął siekierą tak silnie Henszla, że go jednym cięciem na dwoje rozpłatał” – pisał o losach tego oddziału Bobrowski. Chojnowski, wzięty do niewoli, odmówiwszy złożenia prośby o łaskę do cara Aleksandra II, został wkrótce rozstrzelany w Żytomierzu.


Część młodzieży, która wyruszyła z Kijowa na miejsce koncentracji, nigdy tam nie dotarła. Tę eskapadę wspominał Franciszek Rawita-Gawroński. Kilka godzin przed rozpoczęciem powstania zjawił się u niego kolega gimnazjalny, oświadczając, że wyruszają już dziś. Gawroński wyraził chęć udziału w walce, lecz zauważył, że nie ma odpowiedniego ubrania i broni, na co otrzymał zapewnienie, że wszystko dostanie na punkcie zbornym. „Jak można nie wierzyć koledze, kiedy się ma szesnaście lat i żyje się w codziennej gorącej atmosferze podniecenia” – tłumaczył. Podczas nocnego marszu tej około stuosobowej grupy gimnazjalistów i studentów, zbrojnych w kilka noży kuchennych i dwa pistolety, deszczową, zimną porą, większość się pogubiła. Rankiem się okazało, że błądząc w kółko, uszli zaledwie kilka kilometrów od Kijowa, i to w przeciwnym kierunku niż zamierzali. Z brzaskiem niektórzy wrócili do miasta, część została zagarnięta przez kozaków, zamknięta w twierdzy kijowskiej, a później zesłana na Syberię.

Niezależnie od działań militarnych z Kijowa wyruszyła na wieś jeszcze inna grupa młodzieży inteligenckiej, złożona głównie ze studentów tamtejszego uniwersytetu, której przewodził Antoni Jurjewicz. Oddziałek był bardzo dobrze uzbrojony w porównaniu z innymi, lecz jego zadaniem była nie walka, ale odczytywanie chłopom, z którymi dotychczas nigdy się nie zetknęli, „Złotej hramoty”. Tak też uczynili w dwóch pierwszych wsiach, spotykając się z obojętnością. Wieczorem, kiedy dotarli do Sołowijówki, zostali otoczeni przez wrogo nastawiony tłum. Mimo zagrożenia życia Jurjewicz odrzucił możliwość obrony – nie chciał strzelać do ludu, któremu z kolegami niósł wolność, prawa obywatelskie i prawa do ziemi. „Zginiemy, ale przynajmniej pozostanie po nas pamięć” – miał powiedzieć. Powstańcy zgodzili się złożyć broń i zamknąć w jednej z chat w oczekiwaniu na wojsko rosyjskie. Kiedy jednak oddawali broń, padł strzał – nie z ich strony – wówczas chłopi rzucili się na nich, mordując 12 kłonicami, siekierami, nożami i dłutami, a dziewięciu ciężko raniąc – tych wojsko rosyjskie zabrało do Kijowa.

Natychmiast po stłumieniu powstania przystąpiono do rozprawy ze schwytanymi dowódcami, więzionymi w twierdzy kijowskiej. Pierwszy został rozstrzelany Adam Zieliński, którego ze smutkiem wspominał Rawita-Gawroński jako młodego, przystojnego oficera, lubianego przez Polaków i Rosjan, ozdobę balów karnawałowych 1863 r. w pałacu gubernatora kijowskiego. Zieliński miał szansę ocaleć, gdyż został wzięty do niewoli pod innym nazwiskiem, a jego rosyjscy koledzy z garnizonu udali, że go nie poznają. Wydał go Polak w służbie rosyjskiej – oficer o nazwisku Skarżyński. 30 maja Zielińskiego wyprowadzono pod mur twierdzy, przywiązano do słupa egzekucyjnego i rozstrzelano. Ponieważ żył mimo to, został dobity strzałem z rewolweru przez swojego kolegę Slesarewskiego, któremu tego dnia przypadła służba.

Czytaj także:
Włodzimierz Krzyżanowski - bohater Ameryki

Po Zielińskim przyszła kolej na Platona Krzyżanowskiego, którego ostatnie chwile opisał nieznany pamiętnikarz: „Ponieważ był prawosławnym, więc mu pop towarzyszył do słupa, a że nie chciał przyjmować i słuchać jego pociech i nauk duchownych, ale spokojnie palił sobie papierosa i szedł na śmierć jak gdyby na zabawę, pop rozjątrzony przed samym wykonaniem wyroku głośno go napominał, aby chociaż w ostatniej chwili swego życia żałował za zbrodnię, że śmiał powstać przeciw samemu monarsze, albowiem powstać przeciw carowi to powstać przeciw Bogu. Krzyżanowski zniecierpliwiony odparł mu również głośno: »Batiuszka, wy durak, wy niczewo nie ponimajetie«. Ta ostra odpowiedź zdziwiła i oburzyła Moskali”. W listopadzie rozstrzelano Tadeusza Rakowskiego i Władysława Padlewskiego z oddziału Krzyżanowskiego, zginęli też Maurycy Drużbacki i Romuald Olszański – ten ostatni w styczniu 1864 r.

Wołyński bój

W województwie wołyńskim sytuacja była nieco korzystniejsza – odsetek Polaków większy, więc siły organizacji bardziej rozbudowane, co przy mniejszej wrogości chłopstwa niż w kijowskim dawało pewną szansę prowadzenia dłuższej walki. Tutaj wreszcie miały wkroczyć z Galicji oddziały gen. Józefa Wysockiego. Głównym ośrodkiem powstania okazał się powiat żytomierski, gdzie dowództwo objął Jan A. Chranicki. Wcielony niegdyś przymusowo do armii rosyjskiej za próbę dołączenia do powstania węgierskiego w czasie Wiosny Ludów, uczestnik walk na Kaukazie, w końcu mianowany oficerem, nie miał złudzeń co do szans walki. W lutym 1863 r. mówił przywódcom powstania w Warszawie, że kraj nie był do niego przygotowany, „że ledwie kilkanaście tysięcy obrońców znajdzie się, którzy tylko powiększą liczbę ofiar”. Mimo to, powodowany obowiązkiem, przyjął dowództwo od początku trudne, gdyż trzech na pięciu setników organizacji oświadczyło, że do powstania nie pójdzie, wymawiając się względem na swoje i żony zdrowie, a z 600 spodziewanych ludzi stawiło się 119, uzbrojonych w 40 fuzji, osiem pistoletów, 25 toporów i dwie kosy.

W Romanowie Chranicki odczytał chłopom „Złotą hramotę”. Jak wspominał, słuchali dość przychylnie, pewien staruszek dodał nawet pochlebnie, że najlepiej żyło im się za polskiego króla. Nie chcieli jednak sprzedać żywności i przyłączyć się do powstania, z dobroduszną szczerością przyznając, że obawiają się zemsty moskiewskiej. Połączywszy się z trzema innymi oddziałami, co dało Chranickiemu około 380 ludzi, z czego stu bez żadnej broni, jak wspominał, „z pieśnią na ustach »Z dymem pożarów«, wprawdzie drżącym głosem śpiewanej, postępowaliśmy naprzód”, na Miropol, na spotkanie z Edmundem Różyckim. Po nierozstrzygniętym boju pod tą miejscowością powstańcy przeszli Słucz, lecz ludzi zostało już tylko 260, z czego większość dostała się do niewoli lub uciekła (13 było zabitych lub rannych), utracono też prawie setkę karabinów. Oddział miał teraz ledwie 72 sztuki broni palnej, reszta była uzbrojona w kosy, lance i pałasze, ponad setka była bez broni. Jak stwierdzał dowódca, stan oddziału był opłakany. Przyczynę tego widział w tym, że powstańcy – urzędnicy i mieszczanie – chociaż gotowi byli do poświęceń, to przyzwyczajeni do siedzenia za biurkiem „nie przypuszczali nawet przykrości, jakie ich czekają w ustawicznych marszach o głodzie, przepędzając noce pod odkrytym niebem w lasach, źle ubrani, a majowe noce są znane u nas z przykrego zimna. Każdy marsz nużył ich niezmiernie”.

22 maja 1863 r. Chranicki połączył się w rejonie Połonnego z oddziałem Władysława Ciechońskiego o podobnej liczebności, co zwiększyło siły powstańcze do 480 ludzi. Wkrótce nadciągnęło wojsko rosyjskie, wspierane przez chłopów. Po kilkugodzinnym zażartym boju, kiedy polegli kapelan oddziału ks. Tarkowski i dowódca kosynierów Kraszewski, szeregi polskie się zachwiały, lecz „Chranicki i Ciechoński osobistą odwagą i przytomnością umysłu zdołali skupić wokół siebie znaczną gromadę ludzi i wyprowadzić z pogromu”. Bój ten jednak, okupiony stratą przeszło 130 ludzi, zakończył powstanie żytomierskie.

Zagon Różyckiego

„Oddział Różyckiego był jeden z najlepszych w całej wówczas walczącej Polsce. Oddział jego składał się z samej inteligencji, z młodzieży rozumiejącej bardzo dobrze, o co się bije, kochającej ojczyznę, pełnej zapału i poświęcenia; była to szlachta ukraińska, która raz schwyciwszy za kord, umie zwyciężać lub zginąć” – pisał z podziwem Jan A. Chranicki o oddziale, z którym nie było mu dane połączyć swoich sił.

Wołyński pułk kawalerii został zorganizowany przez Edmunda Różyckiego 9 maja 1863 r. na uroczysku Pustocha pod Lubarem. Kontynuował on tradycję zapoczątkowaną przez ojca, gen. Karola Różyckiego, który podobny pułk sformował w czasie powstania listopadowego. Edmund, jako chłopiec wcielony pod przymusem do kadetów carskich, potem do armii rosyjskiej, nie spełnił nadziei Mikołaja I, że stanie się Rosjaninem. Na czele swojej kawalerii zajął Lubar, Połonne i Miropol, wszędzie odczytując chłopom „Złote hramoty”. Pod ostatnią z miejscowości pobił usiłujących go powstrzymać Rosjan. Następnie, wymykając się przeważającym wojskom zaborcy, skierował się ku granicy austriackiej, licząc na nadejście wyprawy gen. Wysockiego. 26 maja pod Małą Salichą w powiecie zasławskim Różycki pobił znacznie silniejsze i lepiej uzbrojone oddziały rosyjskie, jednak już następnego dnia jego pułk, przyparty do granicy austriackiej, wobec nieprzybycia Wysockiego, został zmuszony do przejścia w stronę Galicji. Krótka, chociaż znaczona błyskotliwymi sukcesami kampania pułku Różyckiego, należała do największych sukcesów powstania styczniowego.

Epizod powstańczy na kresach dawnej Rzeczypospolitej, tragiczny w województwie kijowskim, znaczony spektakularnie zwycięską kampanią na Wołyniu, przyniósł poważne represje carskie. Poza wspomnianym rozstrzelaniem kilku dowódców powstańczych wziętych do niewoli uczestników boju zesłano z twierdzy kijowskiej na Syberię. Szlachta polska tych ziem została obłożona podatkiem liczącym dziesiątą część majątku, a 144 dobra ziemskie zostały skonfiskowane. Tak wyglądał bilans zaznaczenia krwią granic Polski, co – jak pisał ze smutkiem Tadeusz Bobrowski – było zgubą kraju i rewolucją robioną na korzyść cara Rosji Aleksandra II, „podwójnym szaleństwem, bo najprzód wykazywało obszerność rewindykacji wobec nowych historycznych i politycznych haseł zgoła nieuzasadnionych, następnie musiało wykryć nieodwołalnie sekret naszej słabości liczebnej w obu prowincjach, czego rewolucjoniści widzieć nie chcieli”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2015
Artykuł został opublikowany w 1/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 3
  • marek IP
    LOL. Zbrodni nic nie usprawiedliwia. A z opisu wynika ze zwykli Ukraincy to Bandyci i Mordercy. Tylko ze takie myslenie i postepowanie prowadzi do tragedii. Ile to ofiar maja sami Rosjanie z rak Rosjan, Niemcy z rak Niemcow czy Zydzi z rak Zydow? Wystarczy poczytac historykow danego narodu, niekoniecznie przez te narody lubianych.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • aras39@tlen.pl IP
      Oferta dla Ukraińców była o jakieś 100 lat spóźniona. Był moment, była szansa na Rzeczpospolitą nie dwojga, lecz trojga narodów. W odrodzonej RP nie zaoferowaliśmy nic co by ich satysfakcjonowało. Można było zaklinać rzeczywistość że naród ukraiński nie istnieje, bo przecież brak historii, elit. Ale to tak nie działa. Wskrzeszenie na siłę dawnej RP skończyło się katastrofą latach 1939-45.
      Szkoda tych wszystkich ofiar które zginęły z rąk Ukraińców czy Litwinów, jednak wina krotkowzroczności władz RP jest tutaj też bezsporna....
      Dodaj odpowiedź 9 17
        Odpowiedzi: 1

      Czytaj także