TygodnikKozacy, postrach Turków

Kozacy, postrach Turków

Obraz Ilji Repina
Obraz Ilji Repina "Kozacy piszą list do sułtana" / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 3
Przez kilkadziesiąt lat Kozacy, poddani Rzeczpospolitej, pustoszyli wybrzeża Morza Czarnego, siejąc postrach nawet w stolicy Turcji. Złapanych przez Turków czekało deptanie przez słonie, rozrywanie między galerami, zakopywanie żywcem.

Wieczna sromota i nienagrodzona
Szkoda, Osmanie! Brzeg spustoszony
Anatolijski leży, a Hristiyian sprośny,
Nad Özi siedząc, dzieli łup żałosny!
Niewierny Lech psy zapuścił swoje,
Którzy zagnali piękne łanie twoje
Z dziećmi pospołu, a nie masz nadzieje,
By kiedy miały nawiedzić swe knieje.

Brzmi znajomo. Kto w szkole średniej przerabiał wiersze Kochanowskiego, ten powinien uznać powyższą przeróbkę „Pieśni o spustoszeniu Podola” za przejaw bezczelnej i złośliwej profanacji. Jest jednak wysoce prawdopodobne, że dzieła dokładnie w takim duchu pisali na początku XVII w. poeci osmańscy (choć w Turcji „kniei” jak na lekarstwo). Dzięki Kochanowskiemu, potem Sienkiewiczowi w naszej świadomości utrwalił się obraz pogranicza Rzeczypospolitej nękanej łupieżczymi wyprawami dzikich Tatarów. O naszych harcach cicho sza. Tymczasem przez kilkadziesiąt lat poddani Korony, Kozacy, pływając na zwinnych czajkach, pustoszyli czarnomorskie wybrzeża imperium osmańskiego od Krymu przez Konstancę po anatolijską Synopę. W 1615 r. zapłonęły przedmieścia Stambułu. Jeszcze w połowie XVI w. w owym niszczycielskim dziele wspierali Kozaków nasi szlachcice i starostowie. Kozacy brali jasyr (choć ciężko było go zmieścić na ciasnych czajkach) i palili całe miasta. Drżały Krym i Rumelia.

Z zemsty i dla przygody

Najprościej byłoby oczywiście zwalić wszystko na chanat i ukazać nas i Kozaków jako wojów dokonujących okrutnej, ale sprawiedliwej zemsty. Niejeden wszak Lach lub Rusin, który w tatarskim najeździe stracił żonę lub córkę, na Morze Czarne wyprawiał się z podwójną ochotą. „Kronika Andrzeja Lubienieckiego” informuje jednak o czasach Zygmunta Augusta: Częściej nasi chodzili w kozactwo niż Tatrowie do nas. Chan pisał zaś do króla do znudzenia: „Jeśli chcesz mieć z nami przyjaźń, bądź łaskaw przysłać do nas tych, którzy wyrządzili szkody. Kozacy wypływali na Turków w czasie, gdy Porta i Rzeczpospolita nie wadziły sobie nawzajem. Do łupieżczych rajdów popychała Kozaków sama ich natura: Zadnieprze i Dzikie Pola zawsze przyciągały osobników żądnych przygód, łupów i nieznoszących nad sobą żadnej władzy. Bogactwa Imperium Osmańskiego rozpalały wyobraźnię ludzi. Niejeden magnat korzystał z kozackich chadzek, kupując tanio zrabowane tkaniny, broń, a nieraz i tureckie dzieci.

Czytaj także:
Miłosne tarapaty Bohdana Chmielnickiego

Od drugiej połowy XVI w. Kozakom nie było wolno łazić na Zaporoże, czy nawet samowolnie ścinać lip i wierzb na czajki. Rzeczpospolita nie chciała wojny z Turcją. Kozacy nic sobie z tego nie robili, a ustaw sejmowych na tak dalekim pograniczu nikt nie był w stanie egzekwować. Nawet twierdza Kudak ledwo dawała radę: „Niejaki Sulima, dowódca pewnych zbuntowanych Kozaków, wracając od morza i widząc, że zamek przeszkadza mu w drodze powrotnej, wziął go podstępem i wyciął w pień załogę. Ostatecznie przywódcę buntowników pojmano wraz z jego ludźmi i doprowadzono do Warszawy, gdzie został poćwiartowany” – wspominał w „Opisie Ukrainy” Francuz Beauplan.

Czajka

Podstawowym narzędziem służącym do terroryzowania ludności na wybrzeżach Morza Czarnego była łódź o niewinnej nazwie czajka. Budowano ją w zaledwie dwa tygodnie. Trzeba było najpierw wyciąć (lub raczej ukraść – obowiązywało przecież sejmowe embargo) kilka lip lub wierzb. Z nich powstawała rzeczna łupina bez stępki, masztu i pokładu. Do burt przybijano jednak kolejne warstwy desek, tak że łódź zwiększała swoją długość do 20 m, a szerokość do 3 m. Dodatkowo wzdłuż kadłuba przymocowywano sznurami wiązki trzciny pełniące podobną funkcję co pływaki w katamaranie. Dzięki temu czajka, nawet wypełniona po burty wodą, nie tonęła. A wodę mogła nabrać bardzo łatwo – wystarczyło, że turecka galera oddała kilka salw w pobliże kozackiej watahy. Stery były dwa – na dziobie i na rufie. Dzięki temu długa łódź stawała się bardzo zwrotna. Pozostało jeszcze zamontować maszt z marnej jakości żaglem – ten rozwijano tylko przy sprzyjającej pogodzie. Miejsca na czajce było mało (spania nie przewidziano) – wszystko podporządkowane było zwiększeniu liczby wioseł.

Czytaj także:
Nasi Tatarzy. Siedem wieków wspólnej historii

Niewielki koszt, zwrotność, niezatapialność, niska sylwetka pozwalająca zaskoczyć przeciwnika i ukryć się wśród przybrzeżnych zarośli – oto główne zalety czajki. Wielu pasjonatów historii morskiego piractwa porównywało owe łodzie do wikińskich langskipów. Czajka nie nadawała się do wypraw oceanicznych, mając dużo mniejszą dzielność morską. Langskip był odporny na nasiąkanie lub gnicie i lepiej radził sobie z uderzeniami fal. Czajka zaś po jednym sezonie do niczego się nie nadawała. Była poza tym dużo wolniejsza. Przy rozwiniętym żaglu i wszystkich rękach na wiosłach wyciągała osiem węzłów. Langkskip, dzięki oryginalnej konstrukcji kadłuba – 16.

Jak na tak mały statek czajka była silnie uzbrojona. Od czterech do sześciu falkonetów (działek małego kalibru) oraz kozackie muszkiety (od 50 do 70 osób na czajkę) wystarczały, by z bliskiej odległości wyrządzić tureckiej galerze spore szkody. Kozacy prowadzili ogień ciągły – połowa załogi strzelała, połowa nabijała broń.

Wśród sitowia

Kozacy, jak na prawdziwych demokratów przystało, podejmowali decyzję o wyprawie wspólnie, zbierając się na Siczy. Potem wybierali atamana. Jak przed wiekami u wikingów, którzy łączyli demokratyczne procedury w czasie pokoju z jednolitością dowodzenia w czasie wyprawy, tak i Kozaków obowiązywało bezwzględne posłuszeństwo. Pić na umór można było przed chadzką – w czasie jej trwania minimalna ilość alkoholu w wydychanym powietrzu groziła wyrzuceniem za burtę.


Załoga przedstawiała dość marny widok: „Ubrani są wszyscy w koszule, kalesony, po sztuce jakiejś lichej szmaty na zmianę, tudzież jedną czapkę” – pisał Beauplan. Każdy natomiast znał się na kompasie. Równie marna była strawa, którą chowano w beczce między ławkami. Owa sałamacha składała się z kaszy jaglanej zmieszanej z rozwodnionym ciastem. Zagryzano ją sucharami.

Poniżej porohów na Dnieprze, nominalnie jeszcze w granicach Korony, wyrastało mrowie wysepek. Beauplan zwiedził te tereny: „Wszystkie pokrywa trzcina wielka jak dzidy, tak że przeszkadza dostrzec to kanały dzielące wyspy. Właśnie w tych skrytych miejscach Kozacy mają swoje schronienie, które nazywają Skarbca Wojskowa”. W owych labiryntach na dnie kanałów Kozacy ukrywali zrabowane kosztowności i broń. Zawijali je w szmaty i topili w sobie tylko znanym miejscu. Tutaj też po wybraniu atamana zaszywali się i budowali czajki. Na wyprawę stawiało się maksymalnie 6 tys. Ludzi, co daje 80–100 czajek. Częściej jednak były to flotylle po 30–50 łodzi.

Cichcem przez blokady

Każda flotylla po wypłynięciu z gęstwin Skarbnicy Wojskowej musiała sprostać tym samym problemom. Granica Korony z chanatem przebiegała zrazu po Dnieprze (lewy brzeg był tatarski). Sto kilometrów niżej granica skręcała ku zachodowi, biegnąc już w poprzek rzeki. Tu wpływało się na ziemie chana, o czym informowały ufortyfikowana wyspa Tawań oraz dwie twierdze po obu stronach rzeki: Kyzykermen i Islam Kermen. Nie było tu kanałów. Jedno koryto, wydawałoby się, wykluczało prześlizgnięcie się. Dalej w ujściu Dniepru stał potężny Özu (Oczaków). Z twierdz położonych po obu stronach estuarium można było ostrzelać każdy nieproszony statek. Dodatkowo od wiosny zawsze czyhały tu tureckie galery (wywiad tatarski zdawał sobie sprawę, że Kozacy knują chadzkę).

Czytaj także:
Rosja zbudowała imperium dzięki podbojowi Syberii

Wszystkie te pułapki na nic: „Lecz Kozacy bardziej sprytni wypływają w ciemną noc, blisko już księżycowego nowiu, trzymając się w ukryciu pośród zarośli z trzcin, które obrastają Dniepr, na jakie 3 lub 4 mile w górę rzeki” – z nieukrywanym podziwem stwierdzał Beauplan. Za Oczakowem można było odetchnąć. Rój czajek w niespełna 40 godz. zjawiał się u wybrzeży Anatolii. Do Warny czy Konstancy było jeszcze bliżej. „Lądują każdy ze strzelbą w ręce, pozostawiając w łodzi jedynie w dwóch z załogi oraz 2 chłopaków do pilnowania. Zaskakują oni miasta, zdobywają je, grabią, palą, czasem wkraczają ponad milę w głąb kraju, lecz natychmiast zawracają”.

O ile Tatarzy unikali spotkań ze straszną jazdą Rzeczypospolitej, o tyle Kozacy nie stronili od walki z tureckimi galerami. „Próbują potem tak płynąć, aby mieć słońce za plecami, po czym na godzinę przed zachodem poczynają wiosłować z całej siły w kierunku okrętu lub galery, dopóki nie znajdą się o milę odległości od nich […] potem około północy zaczynają szybko wiosłować w kierunku statków, a tymczasem połowa z nich gotowa jest do walki, to znaczy czeka tylko chwili, kiedy statek będzie w tak bliskiej odległości, by można było tam wpaść. Znajdujący się na nim są srodze zdumieni, widząc, że atakuje ich 80 do 100 łodzi, z których masa ludzi zwala się na okręt i zdobywa go.

Czytaj także:
Lisowczycy - polscy jeźdźcy apokalipsy

Udane plądrowanie miast i wygrana na morzu to nie koniec przygody. Trzeba było przecież z powrotem przedrzeć się przez straże na Dnieprze. Wiedząc zatem, że przejście przez estuarium jest już spalone (wieści o najeździe rozchodziły się po wybrzeżach imperium błyskawicznie), Kozacy przeciągali czajki w poprzek podmokłego półwyspu Kinburn i wodowali je już za Oczakowem. Istniało też bardzo dalekie obejście przez Morze Azowskie. Klucząc po wschodnim dorzeczu Dniepru po wielu dniach można było dotrzeć do niego powyżej porohów.

Zainspirowani przez Lachów

„Za Pana Pretfica wolna od Tatar granica” – głosiło XVI-wieczne przysłowie. Jego bohaterem był polski szlachcic z Podola Bernard Pretficz, herbu Wczele, starosta barski. Owa granica nie była jednak wolna tylko dzięki twierdzom i strażom. Pretficz na czele Kozaków wyprawiał się aż po Oczaków, gdzie w 1541 r. dokonał grabieży połączonej z rzezią cywilów. Nie był jedynym, który prowadził Kozaków nad Morze Czarne. „Byli między nimi Sieniawscy, Strusiowie, Herburtowie, Potocki Stanisław, książęta Wiśniowieckie, Zasławskie, Koreckie, Rożeńskie, i innych zacnej szlachty niemało którzy rzadko z pól zeszli” - pisano w „Kronice Andrzeja Lubienieckiego”.

Z tej grupy najbardziej awanturniczym magnatem był Dymitr „Bajda” Wiśniowiecki. „Typowy warchoł”, jak nazwał go profesor Zbigniew Wójcik. Jego wyprawy na Krym były tak niszczycielskie, że pochwyconego podstępem w Mołdawii Turcy powiesili za żebro na haku. Ów magnat stał się wzorem dla każdego Kozaka. W czasie chadzek nieraz śpiewano o nim pieśni.

Czytaj także:
Polacy pod czarną banderą. Historie naszych kaprów, korsarzy i piratów

Od końca XVI w. Kozacy wyprawiali się już samopas, z racji wspomnianych wyżej sejmowych zakazów. Lata 1600–1621 przeszły do historii Kozaczyzny jako „heroiczna doba”. Łupione były Akerman, Konstanca, Synopa, Trapezunt, Kaffa i Bałakława. W 1606 r. padła umocniona Warna. W 1615 r. i 1624 r. przedmieścia samego Stambułu! Dortelli D’Ascoli opisał napad na Synopę w 1614 r: „Kozacy niespodziewanie napadli na twierdzę Synop. […] z powodu rozkosznych okolic znana pod nazwiskiem miasta kochanków […] Spustoszyli domy rodzin muzułmańskich i na koniec miasto spalili do tego stopnia iż ów cudowny i zachwycający pobyt w smutną obrócili pustynię […] Nim się okoliczni mieszkańcy uzbroili i zebrali dla dania im odporu łupieżcza ta horda puściła się na morze”.

Kilka razy tureckim galerom udało się zaskoczyć powracających z chadzki Kozaków. Największa bitwa całej „heroicznej doby” rozegrała się przy Karaharman w 1624 r. Będący w rozproszeniu Turcy ledwo uniknęli zagłady – przeciwko nim była bezwietrzna pogoda i (zrozumiały) sabotaż galerników składających się z pochwyconych niegdyś w jasyr Rusinów. Jednak „Gdy okropna cisza, która dotąd nie dopuszczając nieść wzajemnej pomocy, każdą galerę własnemu zostawiła losowi, nadejściem silnego wiatru szczęśliwie rozproszoną zostaje. Wypełniają się żagle. …i w kilka chwil mnóstwo wywróconych i zgruchotanych łódek pokrywa morze tysiącami nieprzyjacielskich trupów”.

Chadzka nie była łatwym chlebem: Jak wyliczał Beauplan: „Rzadko się zdarza, by wróciła ich połowa”. Nieciekawy był też los złapanych na gorącym uczynku. Turcy przygotowywali dla nich wyrafinowane męki w postaci deptania przez słonie, rozrywania między galerami, palenia i zakopywania żywcem. „Ci jednak, co się ostaną, przywożą bogate łupy” – kwitował Beauplan. Przeciętny Kozak większość zdobytych precjozów szybko przepijał i trwonił. I tak do następnej wyprawy.

Po wojnie chocimskiej w 1621 r. częstotliwość chadzek spadła. Kozaków zaczęły zajmować sprawy ukraińskie i ich spory z Lachami. Ze szkodą zarówno dla Lachów, jak i dla Kozaków.

Jakub Ostromęcki

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 3/2016
Artykuł został opublikowany w 3/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 3
  • solozzo IP
    Ten artykuł dowodzi, że jeśli wchodzi się w alianse z bandytami, mordercami i ogólnie rzecz biorąc dziczą, mimo pozornych i doraźnych korzyści, efekt zawsze jest odwrotny od zamierzonego. Ponieważ bandyta, ludobójca, sadystyczny morderca dzieci kobiet i starców, mimo że sprawia wrażenie potulnego pracownika nigdy nie pozbędzie się swojej zwyrodniałej natury, zawsze będzie dumny ze swoich zezwierzęconych przodków i skłonny do naśladowania ich antyludzkich zachowań. Musi tylko poczuć się odpowiednio silny i liczny.
    Dodaj odpowiedź 31 12
      Odpowiedzi: 2

    Czytaj także