TygodnikTygodnik, czyli droga do prawdy

Tygodnik, czyli droga do prawdy

Tygodnik, czyli droga do prawdy
Tygodnik, czyli droga do prawdy
Dodano

Fragment wywiadu rzeki z Pawłem Lisickim, redaktorem naczelnym tygodnika "Do Rzeczy". Rozmawia Piotr Gursztyn

Czy teraz „URz” pod wodzą Jana Pińskiego z Januszem Korwin-Mikkem czy Andrzejem Urbańskim to nie będzie kontynuacja twojego sukcesu?

Jest mało rzeczy, o których mogę mówić z taką pewnością, jak o tym, że w ciągu kilku tygodni nastąpi wielki krach „URz”. To już właściwie się stało. Obniżka ceny, spadek przychodów reklamowych itd. Mogę się nawet założyć, że w ciągu dwóch miesięcy ten tytuł albo całkiem zejdzie z rynku, albo jeśli zostanie utrzymany, to tylko w formie wegetatywnej. Będzie istniał na poziomie 20, 30 tys. sprzedanych egzemplarzy. I tyle, nic więcej.

Usunięcie nas z "URze" miało wielu kibiców, recenzentów i obserwatorów. Teoretycznie był to moment na przejawienie dziennikarskiej solidarności, choć doskonale wiemy, że publicyści to grupa zawodowa podzielona bardzo ostrymi konfliktami. Zaskoczyły cię czyjeś reakcje, czy wszyscy zachowali się przewidywalnie?

Raczej nic mnie nie zaskoczyło – ludzie zazwyczaj zachowywali się tak, jak można się było po nich spodziewać. Jeśli coś zaskakiwało, to najwyżej szczegóły. Nie spodziewałem się na przykład tak brutalnego i w gruncie rzeczy chamskiego tekstu Tomasza Lisa. Tego z wezwaniem do naszego odejścia. Ten artykuł ociekał chęcią zniszczenia nas, żeby „URz” – które cały czas było przed „Newsweekiem” i stanowiło główny punkt odniesienia, jeśli chodzi o sprzedaż – zniknęło.

(...)

Co wyróżniało „URz” na tle innych tygodników opinii i w ogóle prasy? Historia „URz” to nie tylko dzieje rekordów w sprzedaży.

Po pierwsze „URz” wyróżniało się tym, że był to odnoszący sukcesy tygodnik konserwatywny. Potrafił zderzać się jak równy z równym z drugą stroną w kluczowych kwestiach obyczajowych, cywilizacyjnych czy społecznych. To był tygodnik, który potrafił zrobić cover story o tym, jak lobby homoseksualne usiłuje zmusić opinię publiczną za wszelką cenę do uznania ich rzekomych praw. Jestem pewien, że żaden inny duży magazyn europejski nie pozwoliłby sobie na taki cover: Jan Pospieszalski stoi na okładce i twardo mówi „Nie!”. Pokaż mi drugi taki przykład dużego pisma na Zachodzie, które nie boi się gejów i ich organizacji, które śmiało mówi, że propaganda homoseksualna jest nieznośna. W kwestiach obyczajowych i religijnych, inaczej niż politycznych, wielu dziennikarzy mimo zapewnień o swojej niezależności boi się iść pod prąd. My nie baliśmy się zderzyć z dominującą falą.

Druga istotna rzecz: to był tygodnik autorów, nie redaktorów. Oczywiście, byłem redaktorem naczelnym, teksty były zamawiane, wymyślane, przydzielane, w końcu redagowane. Jednak nie było scentralizowanej myśli, która ustawiała wszystkich do pionu, nie było jednego wzorca, w który wtłaczano by wszystkich. Element silnego subiektywizmu, różnic między autorami, poszczególnych punktów widzenia i sposobów pisania – to wszystko było bardzo widoczne w tygodniku. Nie było tak, jak na przykład w „Newsweeku”, gdzie do jednej sztancy uniformizowano wszystkich autorów. Mam wrażenie, że redagowanie w większości pism idzie tak daleko, że ukazujące się w nich teksty – niezależnie od autorów i tematyki – stają się jednakowe, pozbawione indywidualności. My postawiliśmy na coś zupełnie innego.

(...)

Obszerniejszy fragment rozmowy został opublikowany w 4 numerze "Do Rzeczy".

Całość rozmowy w książce "Po prostu Uważam Rze", Z Pawłem Lisickim rozmawia Piotr Gursztyn, The Facto 2013 r.

Czytaj także

 0

Czytaj także