Miller chce być premierem
  • Kamila BaranowskaAutor:Kamila Baranowska

Miller chce być premierem

Dodano:   /  Zmieniono: 
Miller chce być premierem
Miller chce być premierem 
Leszek Miller jest dziś na fali wznoszącej. Wie, że to  prawdopodobnie jego ostatnia polityczna szansa. Cel minimum to SLD w  przyszłej koalicji rządzącej, cel optimum to on sam w fotelu premiera -  pisze w najnowszym Do Rzeczy Kamila Baranowska.

- A co, jeśli ani jedno, ani drugie nie wyjdzie? Kiedy pytamy o to Leszka Millera, odpowiada bez namysłu: – Jeśli liderowi się nie udaje, to powinien odejść.

Na razie jednak w SLD czarny scenariusz nie jest brany pod uwagę. Słabnąca Platforma, pogubiony Donald Tusk i całe dwa lata do wyborów parlamentarnych. Dzisiaj wiele okoliczności zdaje się sprzyjać nowemu-staremu przywódcy SLD. Nic dziwnego, że posłowie Sojuszu pytani o kondycję swojego lidera odpowiadają z szerokim uśmiechem: „Poczuł krew”. – Dwa lata temu pytano nas, kiedy SLD położy się do grobu, kiedy wyprowadzimy sztandar. Dzisiaj pyta się nas o to, z kim będziemy rządzić – to słowa Millera z ostatniej partyjnej konwencji w Sosnowcu. (...)

Dzisiaj Sojusz we wszystkich sondażach jest trzecią siłą polityczną, co czyni go decydującym elementem każdej politycznej układanki. I nie mówimy tu o poparciu na poziomie 8–10 proc. SLD w niektórych badaniach (np. ostatni sondaż Homo Homini) zbliża się już do granicy 20 proc., goniąc powoli Platformę. O ile jeszcze niedawno wydawać by się mogło, że szczytem marzeń Millera i działaczy SLD jest zastąpienie ludowców w roli koalicjanta Platformy, o tyle dziś widać, że Miller chce walczyć o fotel premiera. (...)

– Od 1991 r. lewica była stałym punktem odniesienia w polskiej polityce. To się zmieniło w 2005 r., kiedy główny polityczny spór zagospodarowały dwie partie postsolidarnościowe. I w tym Miller miał swój udział, o czym dziś woli już nie pamiętać. Nie byłoby bowiem rozłamu SLD, gdyby nie afera Rywina, a nie byłoby afery Rywina i wielu innych, gdyby inaczej rządził. Dzisiaj Miller próbuje przywrócić polskiej polityce kształt sprzed 2005 r. z podziałem na lewicę i prawicę jako główną osią sporu – zwraca uwagę prof. Dudek.

Z rozmów z politykami SLD płynie jasny wniosek – celem jest nowy podział sceny politycznej z Millerem jako przywódcą antypisowskiej koalicji. Po prawej stronie PiS z Jarosławem Kaczyńskim, po lewej SLD z Millerem jako główna dla niego przeciwwaga. Gdzieś w tyle Platforma i Tusk z poparciem na poziomie dawnej Unii Wolności.

Ten plan wyklucza możliwość koalicji z PiS. Chociaż – jak słyszymy w partii – co rusz pojawiają się głosy, zwłaszcza u młodszego pokolenia działaczy, że przecież programowo obie partie mogłyby się dogadać. Miller boi się jednak takiej koalicji. – Pamięta, co się stało z Samoobroną. Obawia się szukania haków i zastawiania pułapek, ma Kaczyńskiego za człowieka nieprzewidywalnego, a przez to niebezpiecznego. Poza tym ciągle żywa jest u niego pamięć sprawy Barbary Blidy – wylicza jeden z posłów. Do tego dochodzi znak zapytania, jak na taką koalicję zareagowaliby wyborcy. Jednak z tym większy chyba problem mieliby wyborcy PiS. Program to bowiem jedno, a cały bagaż historycznych uwikłań to zupełnie co innego. Moi rozmówcy z SLD zwracają uwagę na to, że Leszek Miller w publicznych wypowiedziach zaznacza, że nie wyobraża sobie koalicji z Jarosławem Kaczyńskim, a nie z PiS, i że nie jest to przypadek.

Nie zmienia to jednak faktu, że dziś w SLD zdają sobie sprawę, iż są zakładnikami Platformy. Tusk też wie, że z Millerem są na siebie skazani. Pytanie tylko, kto w tym małżeństwie z rozsądku będzie rozdawał karty i kto będzie głównym architektem przyszłej koalicji. (...)

Cały artykuł dostępny jest w 2/2014 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także