TygodnikWizjoner bez pieniędzy. Nieznane fakty z życia słynnego prezydenta Warszawy

Wizjoner bez pieniędzy. Nieznane fakty z życia słynnego prezydenta Warszawy

Stefan Starzyński (w środku) podczas wizyty we Francji w 1937 r.
Stefan Starzyński (w środku) podczas wizyty we Francji w 1937 r. / Źródło: Fot: NAC
Dodano 1
Stefan Starzyński był prezydentem stolicy narzuconym przez rząd. Warszawa pokochała go dopiero we wrześniu 1939 r.

Wybitny historyk Jerzy Łojek mówił, że Polacy niesłusznie uważają się za naród szczególnie skłonny do walki z przemocą i ofiarowania wszystkiego na ołtarzu niepodległości. Gotowych do walki było najwyżej kilka procent ogółu. Do tej tak nielicznej grupy należał Stefan Starzyński. I ten fakt jest fundamentem cokołu, na którym stoi jego pomnik. Książka Grzegorza Piątka pokazuje prezydenta Warszawy mniej monumentalnego, zmniejsza warstwę brązu.

Starzyński, podobnie jak jego bracia Mieczysław i Roman, służył w Legionach. „Nie walczył zbyt długo” – pisze autor, ale to na skutek pomyłki, gdyż błędnie sądził, że Starzyński znalazł się w szeregach I Brygady w lipcu 1916 r., podczas gdy stało się to rok wcześniej. Grzegorz Piątek stwierdza, że Starzyńscy należeli do wąskiej elity, grupy weteranów, których łączyło wspólne doświadczenie frontowe, kult Józefa Piłsudskiego i przeświadczenie o tym, że mają naturalne prawo do rządzenia Polską. Mieczysław Starzyński był w latach 30. wojewodą, Roman dyrektorem Polskiej Agencji Telegraficznej i Polskiego Radia.

Kariera Stefana Starzyńskiego rozpoczęła się jeszcze przed zamachem majowym, od stanowiska prokurenta, a potem likwidatora Głównego Urzędu Żywnościowego.

„To państwowe przedsiębiorstwo, utworzone w celu aprowizacji, było półprywatnym folwarkiem, żywiącym partie polityczne – przede wszystkim PSL »Piast«” – pisze Piątek. Brzmi to całkiem znajomo. Starzyński miał uporządkować finanse skompromitowanej i skorumpowanej firmy. Z zadania wywiązał się sprawnie, co potwierdziło opinię o nim jako tytanie pracy i człowieku do zadań specjalnych. Sam Starzyński opowiadał, że przyszedł do niego działacz jednej z partii i zażądał zdjęcia sekwestru z mebli innego z partyjnych prominentów, zajętych jako zabezpieczenie długów wobec urzędu. Starzyński odmówił.

„Samowarek” w ministerstwie

Jeszcze przed zamachem majowym Starzyński związał się z redakcją piłsudczykowskiego pisma „Droga”. Zajmował się polityką gospodarczą. Pisał: „Naród […] czeka, aby głos zabrali ci, co o Polskę z zaborcami walczyli, ci, co Ją wywalczyli i którzy jedynie przed upadkiem ochronić ją mogą”. Miał na myśli oczywiście także siebie, jako autora „Programu rządu pracy w Polsce”.

W pierwszym pomajowym rządzie „każdy minister dostał swojego »anioła stróża« – młodego piłsudczyka wyznaczonego do kontroli i koordynacji polityki resortu”. Taką postacią był Starzyński w Ministerstwie Skarbu. Silny i energiczny, był nazywany „samowarkiem”, bo kipiał pomysłami. Został najpierw dyrektorem departamentu, a później wiceministrem. Z jego pozycją wiązało się członkostwo w radach nadzorczych dwóch banków i przedsiębiorstwa państwowego, co było źródłem sporych dochodów. Zarzucano mu najwyraźniej zachłanność, więc tłumaczył się, że gdyby chciał, mógłby być, tak jak jego koledzy, w większej liczbie rad i pobierać nie 1 tys., ale 2–3 tys. zł.

Był zwolennikiem aktywnej polityki gospodarczej państwa, etatystą, co różniło go od kolejnego szefa resortu Ignacego Matuszewskiego. W ułożeniu stosunków z szefem nie pomagała też apodyktyczność Starzyńskiego. Po odejściu Matuszewskiego nie spełniły się nadzieje Starzyńskiego na to, że stanie na czele resortu lub będzie faktycznie nim sterował. W 1932 r. został urlopowany i przesunięty na stanowisko wiceprezesa Banku Gospodarstwa Krajowego. Było to stanowisko dające prestiż i pieniądze, ale – jak pisze Piątek – niespełniona została ambicja Starzyńskiego, by kształtować politykę gospodarczą Polski. „Stalowa konstrukcja gmachu BGK była złotą klatką”.

Czytaj także:
Kaźń bohaterów z AK. Zachód umył ręce wobec tej zbrodni

Jako człowiek energiczny i dobry organizator wrócił w 1933 r. do ministerstwa, gdy zaszła konieczność ratowania budżetu przez rozpisanie Pożyczki Narodowej. Starzyński stał się jej komisarzem generalnym. „Codziennie spotykał się, przemawiał i agitował”. A także wywierał nacisk na firmy i co bogatszych obywateli. Maria Dąbrowska pisała w dziennikach, że pożyczka była „półprzymusową kontrybucją”. Według współpracownika Starzyńskiego z tego czasu, gdy pełnomocnik hr. Jakuba Potockiego zadeklarował 20 tys. zł, niezadowolony Starzyński miał zagrozić przekazaniem „brudów na hrabiego” zaprzyjaźnionej gazecie. Hrabia spotkał się ze Starzyńskim i choć komisarz pożyczki chciał, by Potocki zadeklarował milion, zadowolił się ostatecznie 300 tys.

„W patriotycznym uniesieniu lub ulegając moralnemu naciskowi, Polacy zrzekli się części swoich dochodów i zapewnili stabilność budżetu na kolejne dwa lata” – pisze Piątek. Tyle że – jak zauważano – efekt był ten sam, co przy obniżeniu płac: spadek popytu i ograniczenie konsumpcji.

Narzucony prezydent

Warszawa po zamachu majowym nie kochała piłsudczyków. Gdy w 1927 r. odbyły się wybory do samorządu stolicy, ich lista zdobyła tylko 12 proc. głosów i 16 mandatów. Triumfowała narodowa prawica – 47 mandatów. Socjaliści mieli 27 mandatów. Więcej mandatów niż piłsudczycy mieliby komuniści, ale ich listę unieważniono.

W 1930 r. rząd odmówił rozpisana nowych wyborów i kazał Radzie Miejskiej pracować aż do odwołania. Rozwiązano ją w 1934 r. Starzyński objął władzę jako tymczasowy prezydent z nominacji rządu. I choć ustawa samorządowa nakazywała rozpisać wybory najpóźniej pół roku po rozwiązaniu Rady Miasta, prezydent Mościcki na mocy dekretu przedłużył urzędowanie Starzyńskiego do 1936 r.

W pierwszych miesiącach obecności w ratuszu Starzyński zwolnił 2,2 tys. pracowników miejskich. Opozycja grzmiała, że wyrzuca sięz pracy zasłużonych urzędników i fachowców, a zatrudnia niekompetentnych ludzi nowej władzy. A nowe władze twierdziły, że pozbywają się urzędników niedołężnych i skorumpowanych, którzy pojawili się z nadania partyjnego. Czyli tak jak dziś.

Sytuacja miasta była zła od 1927 r., gdy straciło wiarygodność kredytową, zaraz potem załamał się budżet, inwestycje niemal stanęły.

„Ci, którzy wynieśli go do godności prezydenta Warszawy, liczyli na to, że w budżecie miasta uczyni cuda, których nie dokonałby »filozofujący« i trzymający się zasad ekonomista. Można było żywić nadzieję, że – tak jak na stanowisku komisarza Pożyczki Narodowej – znajdzie brakujące pieniądze i skłoni innych do ofiarności i ciężkiej pracy” – pisze autor „Sanatora”.

Starzyński miał ułatwiony start i większe możliwości niż poprzednie władze Warszawy, bo należał do obozu władzy, a rząd, przynajmniej na początku, wspierał swojego nominata. Zlikwidowane zostały pretensje co do rozliczeń między gminą warszawską a Skarbem Państwa, zmniejszające deficyt stolicy o 20 mln. Łatwo było dostać pożyczkę z BGK, którego Starzyński do niedawna był wiceprezesem. Miasto jednak coraz bardziej pogrążało się w długach i – jak pisze Piątek – w czwartym roku rządów Starzyńskiego przestały już wystarczać jego energia i pomysłowość. Bez skutku zabiegał o systemowe zmiany, które uruchomiłyby dopływ pieniędzy dla samorządu.


Własność komunalna obejmowała tylko 4 proc. powierzchni miasta, podczas gdy dla racjonalnego planowanego rozwoju powinno być ono właścicielem od 35 do 50 proc. gruntów. Miasto „wysupłało” fundusze na zakup 210 ha ziemi. Ważnym osiągnięciem był zakup Lasu Kabackiego, w znakomitej większości za obligacje. Dzięki temu nie został on rozparcelowany na działki budowlane. Powstawały nowe budynki szkół, ale nie tam, gdzie były potrzebne, lecz tam, gdzie miasto miało akurat działki. Po stronie osiągnięć były m.in.: modernizacja arterii wylotowych, rozpoczęcie budowy bulwarów nad Wisłą, ukończenie gmachu Muzeum Narodowego.

Zdaniem Piątka Starzyński, nie mogąc pochwalić się szybkimi zmianami na lepsze, pragnął to zrekompensować zabiegami mającymi na celu obudzić warszawski patriotyzm i entuzjazm dla miasta. Dążąc do uzyskania natychmiastowych efektów, rozpoczął akcję „Warszawa w kwiatach”, dbał o estetykę miasta, odnawiał zabytki (Arsenał, fasada Teatru Wielkiego). Był – jak podkreśla Piątek – pierwszym prezydentem Warszawy, który myślał o stolicy jako atrakcji turystycznej i wiele zrobił dla jej promocji, m.in. doprowadzając do wydania albumu „Piękno Warszawy” oraz innych publikacji.

Miał niewątpliwie wolę i wizję modernizacji stolicy. Pokazał to, organizując w 1936 r. wystawę „Warszawa przyszłości”. Zaprezentowano na niej makietę terenów Wystawy Powszechnej planowanej na 1943 lub 1944 r. Na makietach i planach widniały wieżowce, linia metra, kilkanaście mostów.

Dwa lata później Starzyński otwierał ekspozycję „Warszawa wczoraj, dziś i jutro”. Grzegorz Piątek twierdzi, że była to wystawa urzędników i polityków walczących o względy wyborców. Prezentowała osiągnięcia prezydentury Starzyńskiego i jego plany na przyszłość. Centralnym punktem była makieta dzielnicy Marszałka Piłsudskiego ze Świątynią Opatrzności. „Zachwyt widzów miał się przełożyć na zwycięstwo w grudniowych wyborach samorządowych”.

Warszawa jednak nie polubiła Starzyńskiego, a może nie doceniła jego wysiłków. Przed wyborami samorządowymi Starzyński dwoił się i troił, by zaprezentować swoje osiągnięcia, obniżył opłaty za wodę i kanalizację, uruchomił nowe połączenie drogowe na Żoliborz, otwierał szkoły, a dzięki dodatkowym funduszom rok 1938 był rekordowy pod względem inwestycji.

W wyborach w grudniu 1938 r. obóz rządzący zdobył najwięcej mandatów, bo 40 w stuosobowej Radzie Miasta, niemniej jednak była to porażka. Gdy rada zabrała się do wyboru prezydenta, Starzyński musiał przełknąć upokorzenie: o dwa głosy więcej od niego zdobył Tomasz Arciszewski popierany przez swoją partię, PPS, i radnych żydowskich. Nie uzyskał jednak wymaganej większości głosów, więc rząd mianował prezydenta stolicy. Oczywiście został nim Starzyński.

Rządził więc nadal stolicą, ale jego ambitne plany i wizje rozwoju nijak się miały do możliwości.

Budżet inwestycyjny na rok 1939/1940 zapowiadał katastrofę. Na inwestycje przewidywano 62 mln zł, ale zarząd miejski miał pokrycie na 39 mln zł. Rząd nie zamierzał wspierać już stolicy, skupiając się na wydatkach na obronność.

„Uważna lektura dokumentów i gazet odsłania przykrytą dziarskimi nagłówkami i wciąż tymi samymi zdjęciami makiet smutną prawdę o możliwościach finansowania śmiałych zamierzeń – dużo ogólników, mało konkretów, niewiele dat i sum, których można by być pewnych. Dotyczyło to zarówno inwestycji miejskich, jak i rządowych” – stwierdza Grzegorz Piątek.

Koszt budowy 1 km planowanego metra wynosił 8 mln zł (1/8 ostatniego przedwojennego budżetu miasta), a – jak mówił Starzyński – potrzebna była linia 25 km, co oznaczało wydatek co najmniej 200 mln zł. Starzyński próbował skłonić wojsko, by dołożyło się do inwestycji mogącej służyć także armii.

Czekał na jakieś instrukcje

W najbardziej pomnikowej wersji legendy Starzyńskiego prezydent ani przez chwilę nie myślał o opuszczeniu Warszawy we wrześniu 1939 r. „Pozostanę z ludnością w każdym wypadku” – powiedział zapytany, co zrobi, jeśli okoliczności wojenne będą niekorzystne.

„To, że Starzyński chciał zostać, nie jest wykluczone, ale czy mógł sam zdecydować o swoim losie?” – pyta Grzegorz Piątek. Starzyński miał oświadczyć, że jako wojskowy i urzędnik państwowy musi opuścić miasto, gdy dostanie rozkaz ewakuacji. „Wyraźnie jednak czekał na jakieś instrukcje z góry”. Nie doczekał się żadnych.

Z innej relacji wynika jednak, że zamierzał opuścić Warszawę, by stawić się w 8. Pułku Artylerii Ciężkiej w Toruniu, do którego miał przydział mobilizacyjny. Tylko że gen. Sosnkowski zażądał od Starzyńskiego zmobilizowania ludności miasta do walki i prac pomocniczych, co prezydent stolicy uznał za zwolnienie z obowiązku wyjazdu do pułku. Z innego wreszcie źródła wynika, że co prawda Starzyński dostał imienne wezwanie, ale okazało się, że była to pomyłka – nie podlegał mobilizacji.

Czytaj także:
Kulturträgerzy ’39. Tak wyglądała prawdziwa „rycerskość” Wehrmachtu

8 września Starzyński został mianowany przez gen. Waleriana Czumę komisarzem cywilnym przy Dowództwie Obrony Stolicy. „Dla nas władzą państwa stał się Stefan Starzyński. Do tej pory średnio popularny komisaryczny burmistrz, który był zwalczany z prawa i lewa” – wspominał Władysław Bartoszewski.

Przed mikrofonami rozgłośni Warszawa II stanęli we wrześniu dwaj ludzie: płk Lipiński, szef propagandy Dowództwa Obrony Warszawy, i prezydent Starzyński.

„Po raz pierwszy chyba odkryli przed Polakami w takim stopniu potęgę słowa mówionego przez radio” – wspominał Jeremi Przybora. I choć zawodowy oficer Lipiński miał duże doświadczenie radiowe, to jednak – jak stwierdza Piątek – cywil Starzyński, który dopiero co wdział mundur, przemawiał bardziej po żołniersku. Nie był krasomówcą. Mówił bez przygotowania, szorstko, rozkazywał, nawoływał, groził, często nieskładnie, przejęzyczał się, powtarzał, chrypiał i krzyczał, budując swą legendę.

„Stoicyzm komisarza udzielił się jego otoczeniu, Jego współpracownicy wreszcie czuli, że ktoś panuje nad sytuacją” – pisze Piątek. Amerykański dziennikarz Julien Bryan wspominał, że uderzył go niesamowity spokój Starzyńskiego.

Decyzję o kapitulacji przyjął z niedowierzaniem. Chciał się ukryć przed Niemcami i przeżywał rozterkę, gdy gen. Kutrzeba powiedział mu, że powinien iść na pertraktacje z nimi, ponieważ zna stan miasta i cieszy się autorytetem potrzebnym Warszawie podczas okupacji. Z kolei płk Lipiński przekonywał, że zniknięcie Starzyńskiego zrobi fatalne wrażenie i zostanie odebrane jako tchórzliwa ucieczka. Nikt z nich nie mógł przewidzieć, że przesądzili o jego losie.

Po kapitulacji powrócił do swych obowiązków jako prezydent miasta. Czy można sobie wyobrazić, by postąpił inaczej? 27 października został aresztowany przez gestapo. Grzegorz Piątek twierdzi, że gdyby nie zdjął munduru majora, który nosił we wrześniu, zostałby wysłany do oflagu i by przeżył. Nie wiadomo jednak, czy i co myślał o swoim losie, choć powiedział: „Niemcy będą chcieli mnie zniszczyć”.

Więziony na Pawiaku, nie skorzystał z propozycji ucieczki, nie chcąc narażać na niemieckie represje ludzi, którzy ją przygotowali. Sam padł ofiarą niemieckiej zemsty i jak wynika z ustaleń IPN, został zamordowany w Warszawie lub jej okolicach w końcu grudnia 1939 r.

Grzegorz Piątek
„Sanator”
Wydawnictwo W.A.B.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 5/2016
Artykuł został opublikowany w 5/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 1
  • Heniutek IP
    Hej czerwono-brunatni. Co tu narzygacie w komentarzach bo nie ma się z czego pośmiać?
    Dodaj odpowiedź 2 6
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także