TygodnikRycerstwo spod kresowych stanic. Najlepsi obrońcy chrześcijańskiej Europy

Rycerstwo spod kresowych stanic. Najlepsi obrońcy chrześcijańskiej Europy

Atak husarii na obrazie Józefa Brandta z 1898 r.
Atak husarii na obrazie Józefa Brandta z 1898 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 11
- Historycy skupili się obecnie na aspektach militarnych i politycznych wyprawy wiedeńskiej, ale zapominają, że dla Sobieskiego równie ważna była kwestia religijna. Oto nastał dżihad, „święta wojna” niesiona przez muzułmanów przeciw wszystkim chrześcijanom, którzy muszą zjednoczyć się w obronie swojej wiary. Droga naszego króla pod Wiedeń wiodła od Katedry św. Jana, przez Jasną Górę, Kraków, Piekary i inne sanktuaria, do Kahlenbergu. Aspekt religijny był tu bardzo czytelny - mówi prof. Mirosław Nagielski.

Maciej Rosalak: Czy polska szlachta w wiekach: XV, XVI i XVII istotnie była przeświadczona o swojej wyjątkowej misji przedmurza chrześcijaństwa?

prof. Mirosław Nagielski: Jeśli chodzi o wieki XV i XVI, to trzeba stwierdzić, że główny ciężar walk z Portą Otomańską dźwigali Habsburgowie, ale i my mamy w tych walkach udział. Wspomnę choćby Warnę (1444) i Mohacz (1526), kiedy skończyło się panowanie Jagiellonów na tronach Czech i Węgier. Ciekawym epizodem z tego czasu był nacisk Wiednia, by hetman wielki koronny Jan Amor Tarnowski objął dowództwo połączonych wojsk chrześcijańskich w wojnie z Turcją. Kwestia Polski jako przedmurza chrześcijaństwa jest jednak złożona, bo szlachta doskonale zdawała sobie sprawę, że wojna z Turcją oznacza dla niej wielki wysiłek, zwłaszcza finansowy. A w końcu XV i w XVI w. kłopotów mieliśmy co niemiara: parcie (od 1492 r.) Wielkiego Księstwa Moskiewskiego na Litwę, którą musiały wspierać wojska koronne, wojna z zakonem krzyżackim, a później wojna o Inflanty. Do tych konfliktów na północy i północnym wschodzie dochodzą – od południowego wschodu – najazdy tatarskich ord: najpierw buczackiej i oczakowskiej, a następnie krymskiej.

Szlachta nie chciała płacić podatków na kolejną – i to ciężką oraz długotrwałą – wojnę z Turcją. Nieprzypadkowo Habsburgowie przegrywali podczas pierwszych wolnych elekcji. Zarazem na pańskie pytanie o pełnienie funkcji przedmurza chrześcijaństwa należy odpowiedzieć twierdząco, gdyż od XV w. dźwigamy ciężar walki z ordami, a później mamy coraz trudniejsze stosunki z Portą Otomańską. Nie zapominajmy jednak, że z wielkim najazdem z tej strony mamy do czynienia dopiero w wieku XVII (1621), kiedy uwikłaliśmy się w sprawy mołdawskie na skutek interwencji magnaterii ukraińskiej. Do następnej równie groźnej wyprawy tureckiej doszło dopiero w 1672 r. Natomiast w XVI w. o zbrojnej konfrontacji naszego państwa z Turkami nie było mowy, choć z korespondencji Jagiellonów z sułtanami widać, że do licznych zadrażnień dochodziło. Kozacy wyprawiali się czajkami na tureckie wybrzeża Morza Czarnego, nas z kolei najeżdżali Tatarzy. Nie stanowiło to jednak casus belli. Obydwa państwa miały inne teatry działań zbrojnych i nie chciały wojny między sobą.

Niemal co roku, a niekiedy parę razy w roku, napadały na nas bandy Nogajów, prymitywnych rabusiów tatarskich ze stepów nadczarnomorskich (ordy buczacka i oczakowska). Jeszcze groźniejsze były najazdy wielkich czambułów i wyprawy całej ordy krymskiej. Czy do obrony wystarczała – utworzona w końcu XV w. z żołnierzy zawodowych – obrona potoczna, a po niej (1563) wojska kwarciane, liczące zwykle 2–3 tys. ludzi?

Zdarzały się okresy, kiedy w ogóle nie było wojska (1559–1562) i granica stała otworem. Zwykle jednak w istocie stały na straży ziem południowo-wschodnich chorągwie obrony potocznej, później wojsk kwarcianych, a do 1569 r., kiedy Wołyń wchodził w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, były jeszcze chorągwie tzw. zastawy wołyńskiej. Wydawało się, że te 2–3 tys. jazdy powinny wystarczyć do obrony przed Tatarami. Na mapie widzimy jednak, że od Raszkowa lub Jampola nad Dniestrem na wschodzie aż do ziemi przemyskiej na zachodzie mamy ponad 500 km w linii prostej i tych kilkadziesiąt chorągwi jazdy nie mogło zablokować wszystkich szlaków wypraw Tatarów. Posuwali się oni zwykle w głąb Rzeczypospolitej trzema głównymi szlakami: kuczmańskim, wołoskim i czarnym (patrz: mapa w kolejnym materiale – przyp. red.). Zwiadowcy wojsk znajdujących się w polu, podległych hetmanowi – stąd nazwa – polnemu, powinni na czas zawiadamiać o zbliżaniu się wroga, hetman polny miał go zatrzymać, a hetman wielki z zebranymi siłami ostatecznie się z nim rozprawić.

Czytaj także:
Krucjaty - samoobrona Zachodu. Jak sfałszowano historię krzyżowców

W praktyce jednak wyglądało to niestety inaczej. Tatarzy posuwali się zbyt szybko i nasze wojska podążały ich śladem po spalonej ziemi, nie zapobiegając rzeziom, rabunkom, pożarom i chwytaniu mieszkańców w niewolę. Dlatego wybrano koncepcję czekania na najeźdźców – zwykle przy przeprawach dniestrowych, gdy już powracali z jasyrem. Tak było na przykład pod Martynowem (1624), gdy hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski (od 1632 r. hetman wielki koronny) rozprawił się z czambułami nogajskimi Kantymira. To powodowało jednak ogromne straty demograficzne i ekonomiczne, o czym pisał obszernie w swoich pracach Maurycy Horn. Możemy powiedzieć, że dopiero panowanie Władysława IV, a zwłaszcza świetne zwycięstwo Koniecpolskiego nad Tuhaj-bejem w 1644 r. pod Ochmatowem, zmieniło ten stan rzeczy. Skończyło się też wtedy wysyłanie „podarunków” dla chana krymskiego. Po kampanii zborowskiej (1649) jednak trzeba było płacić chanowi w dwójnasób...

Jaki udział w obronie kresów mieli: prywatne wojska magnatów, Kozacy, pospolite ruszenia szlachty z poszczególnych ziem i mieszczańskie załogi miast, a wreszcie nawet poszczególne dwory kresowe, które – jak pisze Władysław Łoziński („Życie polskie w dawnych wiekach”) – przypominały niekiedy zameczki z fosami, ostrokołami, mostami zwodzonymi? Jak wielka była siła tej obrony?

Wszyscy pamiętamy z filmu „Pan Wołodyjowski” te nasze stanice kresowe, na przykład Raszków i Chreptiów, z ziemno-drewnianymi umocnieniami. Szkopuł w tym, że Tatarzy wcale nie chcieli ich zdobywać. Uderzali gwałtownie tam, gdzie wcześniej ich nie było i się ich nie spodziewano, a interesował ich przede wszystkim jasyr – ludzie, których sprzedawali w turecką niewolę.

Wracając do pytania, odpowiem: Gdyby działał sprawny system skarbowo-wojskowy, koordynacja poczynań wszystkich sił, a więc przede wszystkim wojsk państwowych (budżetowych) i prywatnych w obronie przed najazdami tatarskimi, to ta obrona mogłaby stać się o wiele bardziej skuteczna. Już od XVI w., kiedy kolonizacja rozwinęła się na obszarach ukraińskich najpierw na Ukrainie Prawobrzeżnej, a następnie Lewobrzeżnej, tamtejsi magnaci budowali zamki obronne i utrzymywali nadworne wojska, które nie tylko stanowiły ich załogi, pełniły funkcje reprezentacyjne, lecz także służyły do utrzymywania w posłuchu poddanych i do rozstrzygania konfliktów z innymi magnatami, na przykład z powodu zawłaszczania ziem lub zbiegłych chłopów. Od czasu, gdy powstało złożone z Kozaków zaporoskich wojsko rejestrowe, wspierali oni nasze działania wojenne. Przysparzali niestety więcej problemów, niż dawali korzyści, destabilizując państwo. Od schyłku XVI w. nasilają się powstania kozackie, wszczynane co prawda przez Kozaków niżowych, ale do których często przyłączali się Kozacy rejestrowi. Był to element trudny do opanowania i swoimi wyprawami łupieżczymi prowokujący do odwetu muzułmanów.

Żołnierz był jednak dobry, czego dowiedli choćby podkomendni hetmana kozackiego Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego pod Chocimiem (1621)…

Nie tylko. W pierwszej połowie XVII w. Kozaków widzimy na wszystkich niemal wojnach Rzeczypospolitej. Mamy ich z hetmanem Samuelem Kiszką (Koszką) w kampanii inflanckiej Jana Zamoyskiego (1601–1602). Mamy ich pod Moskwą (1618) i pod Smoleńskiem (1633–1634), kiedy wcale im nie przeszkadza walka z prawosławnymi. Mamy ich także w Prusach (1635). Kłopoty z nimi rosły w miarę, jak rosły ich aspiracje. W 1632 r. hetman wojska zaporoskiego Iwan Kułaga-Petrażycki wystąpił z postulatem, aby Kozacy jako naród rycerski, broniący kresów południowo-wschodnich, miał prawo wybierać na elekcjach władcę Rzeczypospolitej.

Czytaj także:
Polacy na Kremlu. O krok od imperium

Szlachta potraktowała to jako absurd czy poważnie?

Całkowicie jako absurd. Doskonale to widać w pamiętnikach Albrechta Stanisława Radziwiłła, który uniesiony zdziwieniem i złością stwierdził, że Kozacy są jak paznokcie i włosy u człowieka – kiedy wyrosną zbyt długie, trzeba je przycinać.

Opór szlachty przeciw trwałemu opodatkowaniu na wojsko (oraz przeciw usprawnieniu władzy wykonawczej) z dzisiejszego punktu widzenia – zwłaszcza w aspekcie rozbiorów – wydaje się samobójczy. Także wówczas najazdy bisurmanów, sięgające przecież w Koronie po Lubelszczyznę i zachodnią Małopolskę, a w Wielkim Księstwie Litewskim nawet pod Kleck na Nowogródczyźnie (1506), z rzeziami, rabunkami, pożarami i chwytaniem tysięcy ludzi w niewolę, powinny skłaniać do takich rozwiązań. Dlaczego nie skłoniły?

Odpowiedź jest trudna, a zarazem prosta. Wynika z ustroju demokracji szlacheckiej odróżniającego nas od innych państw Europy. Wszystkie decyzje ważne dla państwa, a zwłaszcza uchwalanie podatków na wojsko, podejmowano podczas obrad Sejmu, w czasie których obradowały trzy stany: król, Senat i Izba Poselska. Szlachta nie była skłonna do ich uchwalania, bo wojny były prowadzone na dalekich obrzeżach państwa – na jego zarówno północnych, jak i wschodnich lub południowo-wschodnich kresach. Szlachcic wielkopolski albo mazowiecki nie doświadczał nawet tych tak dolegliwych gdzie indziej najazdów tatarskich. Partykularyzm był widoczny.


Oczywiście kiedy szlachta była zmuszona okolicznościami, okazywała się solidarna i stać nas bylo wtedy na armie nie tylko kilku- lub kilkunastotysięczne, ale nawet kilkudziesięciotysięczne. Podczas wypraw Batorego przeciw Iwanowi Groźnemu nie mieliśmy węża w kieszeni, i to nie tylko przez jeden rok, lecz także przez trzy kolejne lata (1579–1581)! Zwłaszcza że szlachta widziała sukcesy tych wypraw – zdobycie kolejno Połocka, Wielkich Łuków, wreszcie uzyskanie zwycięskiego pokoju pod Pskowem. Do drugiej takiej sytuacji doszło podczas wojny ze Szwedami o ujście Wisły (1626–1629), kiedy został zagrożony byt ekonomiczny szlachty, tracącej możliwość spławiania zboża do Gdańska. Koszt tej wojny był ogromny i szlachta go poniosła...

Pod pewnym względem mieliśmy podobną sytuację podczas wyprawy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego przeciw Turkom. Opromieniony sławą licznych zwycięstw nad bisurmanami, z wiktorią chocimską (1673) na czele, wódz dawał rękojmię, że wydatki na wojsko nie zostaną zmarnowane…

Tak, ale tu wróciłbym do pańskiego pierwszego pytania o antemurale christianitatis, czyli przedmurze chrześcijaństwa. Historycy skupili się obecnie na aspektach militarnych i politycznych wyprawy wiedeńskiej, ale zapominają, że dla Sobieskiego równie ważna była kwestia religijna. Oto nastał dżihad, „święta wojna” niesiona przez muzułmanów przeciw wszystkim chrześcijanom, którzy muszą zjednoczyć się w obronie swojej wiary. Droga naszego króla pod Wiedeń wiodła od Katedry św. Jana, przez Jasną Górę, Kraków, Piekary i inne sanktuaria, do Kahlenbergu. Aspekt religijny był tu bardzo czytelny. Niezależnie od odzywających się tu i ówdzie głosów oponentów widoczne było wtedy powszechne przyzwolenie na tę wyprawę. Szlachta identyfikowała się z programem obrony chrześcijaństwa, sformułowanym pod Wiedniem. Wielce wymowny jest list króla do hetmana polnego koronnego Mikołaja Sieniawskiego, w którym napisał, że lepiej jest prowadzić wojnę z siłami „całej imperii” na obcej ziemi, niż mieć wkrótce Turków pod Krakowem po upadku Wiednia.

Notabene nazwa Kahlenberg oznacza w starej niemczyźnie „szczekającą górę” (od ujadania psów, które wykorzystywano tu niegdyś do polowań). Turcy mieli zapewne Polaków na zboczach Kahlenbergu za „niewierne psy”…

Warto dodać, że Kara Mustafa do końca nie wierzył, iż król polski przybędzie osobiście i przywiedzie ponad 20 tys. jazdy tak potrzebnej Karolowi Lotaryńskiemu. Jej atak rzeczywiście był dla Turków ogromnym zaskoczeniem. Polską szlachtę utwierdził zaś w przeświadczeniu o swojej roli przedmurza chrześcijaństwa i to przeświadczenie nie ustało bynajmniej po pokoju w Karłowicach (1699).

Definitywna rozprawa z Tatarami wymagała podboju Krymu, a to z kolei – zwycięskiej wojny z Turcją. Czy taka wojna miała szanse powodzenia? Jak wiadomo, planował ją Władysław IV, ale gwałtownie oponowała przeciw niej szlachta. Dlaczego?

Szlachta nie była taką wojną zainteresowana, bo jej prowadzenie wymagało ogromnych podatków. Był to poza tym schyłkowy okres wojny trzydziestoletniej, krwawej, pustoszącej znaczną część Europy. Polska szlachta, która na to patrzyła, mogła zaś zaśpiewać: „Wsi spokojna, wsi wesoła”. Oni tam się bili, a szlachta się bogaciła, sprzedając zboże do Gdańska. Trwał okres „złotego pokoju na Ukrainie”, bo w 1638 r. Stanisław Koniecpolski i Mikołaj Potocki zdławili powstania kozackie lat 1637–1638 i uchwalono nową ordynację dla wojska zaporoskiego. A tu Władysław IV wystąpił z planami, których realizacja zakłóciła błogi spokój.

Koniecpolski poparł owe plany, ale tylko w „wariancie B”, czyli nie wojny z Portą Otomańską, ale zniszczenia tego gniazda szerszeni, za jaki uważano Chanat Krymski. Było to już po zwycięstwie pod Ochmatowem, a więc wydawało się, że poparcie dla takiej wojny król od szlachty uzyska. Okazało się jednak, że to poparcie jest nikłe, bo szlachta i tak nie chciała się opodatkować, a poza tym nie bez racji uważała, że atak na Krym pociągnie za sobą wojnę ze Stambułem. Potwierdziły to uchwały Sejmu z 1646 r., w czasie których legły w gruzach plany wojenne Władysława IV.

Po śmierci króla urzeczywistnił się jednak jeszcze gorszy wariant, a mianowicie sojusz Tatarów z Zaporożcami w 1648 r. Nie musiało do niego dojść. Gdyby Kozacy mieli swoją upragnioną wojnę ze znienawidzonym przez nich Krymem, nie w głowie byłyby im bunty przeciw Rzeczypospolitej. Poprzednio też dochodziło sporadycznie do krótkotrwałych porozumień kozacko-tatarskich, ale w 1648 r. ziścił się najgorszy dla polskiej wojskowości scenariusz; sojusz kozackiego taboru z tatarską jazdą. Jazdą, której zawsze Kozakom brakowało.

Szlachta obawiała się też absolutum dominium. Sądziła, że po świetnych zwycięstwach nad Moskwą i Abazy paszą (prowadził najazd mołdawsko-tatarski z woli sułtana, rozbity pod Kamieńcem w 1633 r.), po korzystnych dla nas układach pokojowych ze Szwecją w 1635 r., król pójdzie dalej. Po kolejnej zwycięskiej wojnie – sądzono – sięgnie po władzę absolutną.

Jaki wpływ na doktrynę, taktykę i uzbrojenie naszych wojsk miały ustawiczne wojny na kresach? Wydaje się, że aż po początek XVII w. staropolska sztuka wojenna zyskiwała dzięki doświadczeniom w walkach z Tatarami i Turkami…

Czytaj także:
Tragiczna krucjata króla Polski

Staropolska sztuka wojenna wzniosła się na wyżyny w XVI w. dlatego, że – poza ciągłymi walkami z Tatarami na południowym wschodzie – mieliśmy do czynienia także z zachodnim orężem i zachodnimi sposobami prowadzenia wojen oraz bitew. Mam na myśli przede wszystkim wojny z zakonem, a później o Inflanty, ale także inne kontakty, choćby bitwę pod Byczyną (1588). Wtedy nasza sztuka wojenna (posiadaliśmy różne rodzaje wojsk, a istotną rolę odgrywały piechota i artyleria, w mistrzowskim współdziałaniu ze wspaniałą jazdą) wykazała swą wyższość tak nad Moskwą, jak siłami cesarskimi arcyksięcia Maksymiliana. Na kresach południowo-wschodnich mieliśmy zaś ogromne przestrzenie, które wymagały stosowania głównie, a często niemal wyłącznie, jazdy. Potrafiła ona rozstrzygać bitwy ze Szwedami na początku XVII w., ale kiedy ci nauczyli się z nią walczyć za Gustawa Adolfa, bywało różnie. Podczas najazdu Karola Gustawa nasza kawaleria okazywała się bezradna bez wsparcia ogniowego innych rodzajów broni, tak jak choćby w bitwie pod Warszawą (1656). Oczywiście, mieliśmy też lepsze momenty, np. utworzenie przez Władysława IV autoramentu cudzoziemskiego na wojnę z Moskwą, co miało zapoczątkować modernizację armii Rzeczypospolitej.

Natomiast długotrwałe wojny z Tatarami prowadziły do wypracowania kilku kanonów staropolskiej sztuki wojennej. Na przykład: „głód bitwy”. Dążyliśmy do jak najszybszego rozstrzygnięcia w walnym starciu. Z czego to się brało? Otóż – znów! – z niechęci szlachty do płacenia podatków. Wódz miał przyznane tyle pieniędzy, że wystarczały na żołd tylko na kwartał albo na dwa. Na zachodzie stosowano wymyślne marsze i kontrmarsze, aby wyczerpać przeciwnika, a długotrwałe działania wojenne opłacano z kontrybucji nakładanych na gęsto rozsiane w Europie miasta. A u nas trzeba było na pustkowiach szybko dopaść przeciwnika i go rozbić, zanim nieopłaceni żołnierze rozejdą się do domów.

Nasz system skarbowo-wojskowy pozwalał na wystawienie nawet dużej armii, ale na bardzo krótki czas. Długofalowe działanie stawało się niemożliwe. Stąd też bardzo szczupłe siły w okresach pokoju. Stąd też spowolnienie modernizacji sił zbrojnych, które nie nadążały za zmianami w Europie. Sobieski, owszem, modernizował armię, ale pod kątem walk z Tatarami i Turkami. Uzbroił wprawdzie piechotę w berdysze, a roty pancerne i lekkie w dzidy, ale powiększał głównie w kompucie husarię i pancernych odnoszących duże sukcesy w walce z Tatarami i Turkami. Jeśli pod koniec panowania Jana Kazimierza mamy w biednym, wyniszczonym wojnami kraju tylko sześć–siedem chorągwi husarskich, to pod Wiedniem mamy już 24 chorągwie.

Jeśli spojrzymy na towarzysza chorągwi pancernej (petyhorskiej), to jako żywo przypomina ciężkozbrojnego jeźdźca tureckiego z serialu o czasach Sulejmana Wspaniałego. Takie same misiurki na głowie, kolczugi, małe okrągłe tarcze, krzywe szable, nawet łuki refleksyjne o ogromnej sile przebicia…

To fakt, przejmowaliśmy wiele ze wschodniego uzbrojenia, oporządzenia i ubioru oraz metod walki, co sprawdzało się na polach bitew z Tatarami i Turkami. Od rozejmu z Rosją w Andruszowie (1667) przez 30 lat Rzeczpospolita walczy wyłącznie z nimi. Efekt jest taki, że podczas wojny północnej (1700–1721) nasza armia okazuje się anachroniczna w zetknięciu z wojskami Szwecji lub Rosji. To kres staropolskiej sztuki wojennej, która święciła tak wielkie triumfy jeszcze w poprzednim stuleciu. Wielkość wodza, jakim był Jan Sobieski, spowodowała zaś, że w jego cieniu nie wyrósł żaden godny następca.

Prof. dr hab. Mirosław Nagielski bada dzieje wojskowości oraz wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Szczególne miejsce w jego pracach zajmuje historia oręża polskiego epoki szlacheckiej. Opublikował m.in.: „Liczebność i organizacja gwardii przybocznej i komputowej za ostatniego Wazy (1648–1668)”, „Warszawa 1656”, „Rokosz Jerzego Lubomirskiego w 1665 roku”, „The decline of the traditional Polish warfare in the period of the Great Northern War”, „Druga wojna domowa w Polsce: z dziejów polityczno-wojskowych Rzeczypospolitej u schyłku rządów Jana Kazimierza Wazy”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 11/2015
Artykuł został opublikowany w 11/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 11
  • taka prawda IP
    Swoją droga Rzeczpospolita to spolszczenie Res Publica, czy może być coś dziwniejszego niż kraj który był słabą, dysfunkcyjną elekcyjną monarchią i nazywać to republiką, a może w tym problem Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie nie było ani republiką ani monarchią było zlepkiem udzielnych państw magnackich rządzonych przez królewięta z prywatnymi armiami i masą klienteli szlacheckiej wiszących u ich klamki którzy święcie wierzyli w równość "braci szlacheckiej". Swoją droga Republika Zjednoczonych Prowincji wybierała namiestnika był to zazwyczaj dziedziczny książę Oranii i hrabia Nassau ich potęga opierała się na silnej flocie i korpusie morskiej piechoty która zabezpieczała ich międzykontynentalne interesy handlowo-bankowe, Republika Wenecka z doża wybieranym na określony czas z szeregów oligarchii arystokratyczno-patryciuszowskiej nigdy nie skąpiła pieniędzy na sieć dyplomatyczno-wywiadowczą, flotę i korpus morskiej piechoty co zabezpieczało ich interesy min. bankowość, sprzedaż produkowanych dóbr luksusowych. Konfederacja Szwajcarska czyli sojusz republik opierał się na wiejskich republikach które zapewniały Europie świetną piechotę oraz miejskie republiki znane z operacji bankowych, produkcji dóbr luksusowych. KP-WKL było dziwolągiem ani monarchia ani republika z wiecznie niedoinwestowaną armią,ze słabą władzą ustawodawczą i wykonawczą, ze śmiesznymi podatkami, cud że przetrwała 3 wieki. Zaczynając jako władczy Polski,Litwy,Czech,Węgier kolejni monarchowie/dynastie z braku środków i wizji politycznych tracili kolejne terytoria
    Dodaj odpowiedź 8 3
      Odpowiedzi: 0
    • Walkiria IP
      „Od czasu, gdy powstało złożone z Kozaków zaporoskich wojsko rejestrowe, wspierali oni nasze działania wojenne.” Co to za debilne zdanie, ten pan myśli, źe kto stworzył rejestr kozacki, nie Rzeczypospolita, tylko Moskwa, albo chanat? Kozacy to poddani najjaśniejszej Rzeczypospolitej, która obejmowała Kijów z przyległościami i sięgała do Smoleńska. Zapytajcie senatora Jackowskiego. Jego przodkowie do rewolucji mieli dobra i dwór pod Kijowem. Chłopstwo było ruskie, szlachta polska lub spolonizowana- niższa kultura aspirowała do wyższej. Nawet w Moskwie przez dłuższy czas mówiono i ubierano się po polsku.
      Dodaj odpowiedź 6 0
        Odpowiedzi: 0
      • NAJGLUPSZY KRAJ NA SWIECIE IP
        POLIN KRAJ DURNIOW ktory wybieral krola w wolnej elekcji (zdrajce z zagranicy) bo lokalne durnie nie chcialy si na rodaka zgodzic BANTUSTAN EUROPYY IROKEZI- JEDEN JEDEN UNIVERSYTET na cala Rzeczpospolita ZNIEWOLENI CHJOPI jak niewolnicy do 1918 roku RAJ da ZYDOW pieklo dla chlopow Polskich DNO!!
        Dodaj odpowiedź 2 8
          Odpowiedzi: 2
        • (wujek) Olek IP
          Przypominam że najazd Muzułmanów z południowego wschodu wiąże sie czasowo z najazdem protestanckim z północnego zachodu … taka nieświęta koalicja.
          Jak dzisiaj, gdzie niegdyś protestanckie, dzisiaj świeckie państwa dowolnego prawa otworzyły granice dla Muzułmanów. Bo Lewiatan i Kalifat to bracia, wymagają poddaństwa i żyją z łupu.
          Dodaj odpowiedź 7 1
            Odpowiedzi: 0
          • qazxc IP
            ......natomiast w kwestii modernizacji WP nic niestety nie zmieniło się od XVI w ....constans
            Dodaj odpowiedź 2 3
              Odpowiedzi: 0
            • iiiii IP
              Przez multikulturalizm na tronie i w społeczeństwie Rzeczpospolita upadła .Głownie Sasi czyli Niemcy otoczeni swoimi ziomkami niszczyli i okradali nasz kraj.Dzisiaj taką rolę spełnia Tusk i proniemiecka parta PO dbająca o to by Niemcom żyło się lepiej ,a mająca gdzieś Polaków
              Dodaj odpowiedź 12 10
                Odpowiedzi: 2
              • taka prawda IP
                Tzw. demokracja szlachecka która przekształcała się stopniowo w rządy oligarchii magnackiej opierała się na skrajnym egoiźmie,indywidualizm zamiast dbanie o dobro wspólne, śmieszne podatki, spętany król, a jednym z efektów była relatywnie słaba jak na takie państwo armia która dodatkowo nie mogła się unowocześniać, co powodowało że wygrywaliśmy bitwy, nawet wojny taktycznie ale strategicznie z powodu głupoty szlachty monarcha nie mógł tego spozytkować politycznie, wszystko to doprowadziło do tego że od początków XVIII wieku do lat 70 XVIII naszą armię bił kto chciał, nadawała się do tłumienia buntów czerni, dopiero reformy otoczenia ostatniego króla w latach 90 przyniosły efekty
                Dodaj odpowiedź 5 0
                  Odpowiedzi: 0

                Czytaj także